Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzili po raz ostatni, siądź tak, abym cię widział, nic mi więcej nie potrzeba.
— Ani na chwilę nie odejdę od was, jeśli mi tylko dozwolą. Daj Boże, abym okazał się tak wiernym względem was, jak wy byliście dla mnie.
Poczułem, że ręka jego, trzymająca moją, zadrżała; obrócił się w drugą stronę i usłyszałem znany mi dźwięk w jego gardle, ale i ten był delikatniejszy, jak wogóle wszystko w nim. Dobrze, że przemówił o tej kwestyi, bo naprowadził mnie na myśl, że starannie trzeba ukrywać przed nim, że nie udało mu się wykonać ukochanego planu, wzbogacenia mnie.






Rozdział XXVI.

Na drugi dzień Magwicza postawiono przed sądem śledczym; zaraz wsadzonoby go do więzienia i zaczęto sądzić, gdyby nie trzeba było koniecznie posłać po starego nadzorcę, służącego niegdyś na pontonie, z którego uciekł Magwicz, dla sprawdzenia tożsamości. Nikt o tem nie wątpił, ale Kompenson, obecnie martwy, unosił się z falami Tamizy, a nikogo innego któryby mógł to poświadczyć, nie było w Londynie. Po przybyciu do miasta natychmiast w nocy udałem się do Dżaggersa do domu i pro-