Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Starałem się go uspokoić, wkładając mu pod głowę jedyną rękę, którą władałem. W duszy cieszyłem się prawie, że jest tak ciężko rannym — śmierć dla niego była najlepszem wyjściem. Nie wątpiłem, że znajdą się ludzie, którzy nie będą się wahali i poznają go. Nie mogłem mieć nadziei, aby sąd mógł oszczędzić człowieka, jak najgorzej przedstawionego w śledztwie głównem, który potem uciekł z więzienia; skazany na zesłanie, samowolnie wrócił do ojczyzny i przyczynił się do śmierci człowieka, który go wykrył.
Patrzyłem na zachodzące słońce, na uciekającą odi nas rzekę i zdawało mi się, że wraz z niemi uchodzą wszystkie nadzieje; starałem się wyrazić mu głębokie współczucie, że spotkało go tak wielkie nieszczęście z powodu mnie.
— Drogi chłopcze — odrzekł — zupełnie nie liczę na los. Widziałem swego chłopca, dżentelmenem zaś może być i beze mnie.
„Nie“ — myślałem o tem, siedząc obok niego. „Nie“. Nie mówiąc o własnem przekonaniu, zrozumiałem obecnie wzmianki Uemnika. Przewidywałem, że majątek jego, jako przestępcy, skonfiskują na rzecz państwa.
— Posłuchaj mnie, mój drogi. Teraz lepiej, aby dżentelmen zupełnie ze mną nie przestawał. Przychodź tylko czasami z Uemnikiem popatrzyć na mnie, a gdy będą mnie są-