Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


Bardzo mało mówiliśmy. Gdyśmy podeszli do wrzynającego się wi rzekę półwyspu, udałem się na wywiady, prosząc Prowisa, by poczekał, bo właśnie tu szli wczoraj ci dwaj ludzie. Zgodził się, poszedłem zatem sam. Nie było śladów ani ludzi, ani łódki. Prawda, że woda się podniosła skutkiem przypływu i mogła zmyć ślady.
Dałem mu znak kapeluszem, by podszedł i obaj wyczekiwaliśmy łódki, to leżąc na piasku, owinąwszy się płaszczami, to chodząc po brzegu dla rozgrzania się. Wreszcie nadpłynęła łódka, siedliśmy obaj i wypłynęli na środek rzeki, gdzie powinien był nadejść parowiec. Brakło tylko dziesięciu minut do godziny i wyglądaliśmy, czy nie ukaże się dym parowca.
Spostrzegliśmy dym dpiero o pół do drugiej a wkrótce potem zauważyliśmy dym drugiego parowca. Ponieważ płynęły bardzo szybko, przygotowaliśmy pakunki i korzystali z czasu, by się pożegnać z Herbertem i Startopem. Zaledwie zdążyliśmy uścisnąć im ręce, ukazał się w dali czterowiosłowiec i wypłynął również na środek rzeki.

Smuga ziemi dzieliła nas od parowca a widzieliśmy dym, dzięki zakrętom rzeki, teraz ukazał się zupełnie i szedł wprost na nas. Zawołałem na Herberta i Startopa, by wiosłowali z biegiem rzeki, aby nas łatwiej mogli do-[1]

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak kolejnych czterech stron.