Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a mnie w szczególności. Wicher wył, rzeka uderzała o brzeg, zdawało mi się, że jesteśmy już schwytani do klatki. Czterowiosłowe czółno, płynące w dół i w górę, tak że zwróciło na siebie uwagę, było bardzo złą przepowiednią. Namówiwszy Prowisa, by udał się na spoczynek, wyszedłem z domu z towarzyszami i zaczęliśmy się naradzać. (Startopa do tej pory nie wtajemniczyliśmy w sprawę). Czy mamy oczekiwać tu parowca, czy też jutro rano spuścić się niżej? Oto pytanie, które mieliśmy rozstrzygnąć. Postanowiliśmy, że najlepiej będzie pozostać tu i na godzinę przed czasem, kiedy według naszych obliczeń miał nadejść parowiec — popłynąć cichutko z biegiem rzeki, trzymając się środka. Tak zadecydowaliśmy i wróciwszy, położyliśmy się spać.
Położyłem się prawie ubrany i dobrze przespałem kilka godzin. Gdym się obudził, wiatr się bardzo wzmógł i silnie wstrząsał szyldem karczmy. Wstałem po cichu z łóżka, ponieważ Prowis mocno spał i podszedłem do okna. Wychodziło na drogę, na którą wyciągnęliśmy w przeddzień łódkę; gdym się przyjrzał przy słabym blasku księżyca dostrzegłem dwóch ludzi, uważnie się oglądających. Przeszli pod oknem, nie patrząc więcej na nie, i nie schodząc do pustej przystani, poszli wprost przez błoto w kierunku biegu rzeki.
Pierwszą mą myślą było zawołać Her-