Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wiem już, co myślę.
— Myślisz, że to dozorcy cłowi?
— Tak sądzę.
— No, to źle sądzisz.
— Czyż?
Brudny chłopiec wypowiedział to ostatnie wiele mówiące słowo z wyrazem najgłębszego przekonania w słuszność swego przypuszczenia i z tymi samym wyrazem zdjął przemoczony but, popatrzył na niego, wysypał z niego piasek na podłogę i znowu włożył. Wszystko to wykonał ze spokojem młodzieńca, przekonanego o właściwości swego postąpienia.
— A gdzież według ciebie podzieli swe guziki? — spytał gospodarz, wahając się już w swem mniemaniu.
— Gdfcie podzieli guziki? Do wody wrzucili. Połknęli. Posiali, by groch wyrósł. Gdzie podzieli guziki!...
— Nie unoś się Dżek.
— Dozorca cłowy wie, gdzie ma ukryć guziki, gdy mu przeszkadzają — ciągnął Dżek, powtarzając te słowa z wyrazem najwyższego wstrętu. — Czterowiosłowiec z dwoma wioślarzami nie będzie jeździł w górę i w dół, bez względu na przypływ i odpływ, chyba, że pod tem kryje się jakiś podstęp cłowy.
Mówiąc to, wyszedł a gospodarz uważał za właściwe pozostawić ten temat na stronie.
Jednakże rozmowa przestraszyła nas,