Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mizie nie był tak rozwinięty, jak dziś i dlatego liczba wioślarzy bywała o wiele większa. Różnych łódek, barek, czółen kupieckich krążyło tak wiele, jak obecnie, ale wielkich parowców i mniejszych nie snuło się dziesiątej a nawet dwunastej części. Mimo wczesnej godziny mnóstwo dwuwiosłowców i czółen płynęło z biegiem. W tych dniach łatwo płynęło się w zwykłej łódce po Tamizie nawet między mostami, toteż odważnie przemykaliśmy między barkami i czółnami, zajmującemi w połowie szerokość rzeki.
Wkrótce minęliśmy stary londyński most, rynek z jego Holendrami i ostrygami i wpłynęliśmy w gęste szeregi statków. Tu ładowano i wyładowywano parowce, które unicestwiały nas swą wielkością, gdy przemykaliśmy się obok w swej maleńkiej łupince; tu stały czółna z węglem kamiennym i ze stukiem wyładowywano je na płytkie barki; stał też w oczekiwaniu jutrzejszego dnia rotterdamski parochód, któremu doskonale przyjrzeliśmy się; niedaleko również chwiał się na kotwicy hamburgski, obok którego przepłynęliśmy.
I oto oczom naszym ukazał się brzeg Młyńskiego Potoku i schodki ku wodzie, a serce me niespokojnie zabiło.
— Jest? — spytał Herbert.
— Jeszcze nie.
— Doskonale! Nie powinien był wycho-