Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział III.

Nazajutrz rano wyszedłem na miasto. Było jeszcze zawcześnie na wizyty, zacząłem więc błąkać się w tej okolicy miasta, w której leżał dom pani Chewiszem, ale nie tam, gdzie mieszkał Józef; do niego mogłem zajść na drugi dzień. Po drodze myślałem o mej dobrodziejce i w wyobraźni mej rysowały się obrazy jej planów co do mej przyszłości. Adoptowała Estellę, prawie usynowiła mnie i musiała mieć zapewne zamiar pożenienia nas. Dozwoli mi ożywić ponury dom, dopuścić słoneczny blask do ciemnych sal, wprawić w ruch stojące zegary, zdjąć pajęczynę, zniszczyć owady, ożywić skostniałe serca — słowem spełnić wszystkie wspaniałe porywy bajecznego rycerza i ożenić się z księżniczką. Stanąłem, by spojrzeć na dom i jego pokruszone ceglane ściany, na zamurowane okna i smutny bluszcz, chwytający swemi suchemi odroślami, jakby starczemi, pomarszczonemi rękoma, szczyty kominów na dachu — wszystko to stanowiło dla mej wyobraźni jakąś posępną, pociągającą tajemnicę, której bohaterem ja byłem, Estella zaś jej duszą i chociaż Estella opanowała mnie tak silnie, choć moje nadzieje i wyobraźnia moja zajmowały się nią jedynie, choć wpływ jej na me życie i na mój dziecinny charakter był wszechmocny, nawet tego romantycznego poranku nie oblokłem jej w jakieś dziwne dostojeństwo. Wciąż przypominam sobie tę okoliczność, dlatego, że ona winna stanowić przewodnią nić w mym ubogim labiryncie życia. Wiem z doświadczenia, że przyjęte o zakochanych pojęcia nie mogą być zawsze stanowczo prawdziwe. Prawda, że jeślim kiedykolwiek kochał Estellę, będąc mężczyzną, kochałem ją dlatego, żem uważał ją za niezwykle pociągającą. Wiedziałem i powtarzałem sobie to bardzo często, że kochałem ją wbrew rozsądkowi z utratą spokoju duszy, szczęścia, mimo beznadziejności, opanowującej mnie czasami. Nie kochałem jej mniej, choć odczuwałem to wszystko, kochałem, uważając ją za ziemską doskonałość.
Tak odbyłem swą włóczęgę i ocknąłem się przy drzwiach domu pani Chewiszem o oznaczonym jak dawniej czasie. Zadzwoniwszy niepewną ręką, zwróciłem się plecami do drzwi i starałem się odzyskać spokój i stłumić bicie serca. Słyszałem, jak drzwi boczne się otworzyły i rozległy się kroki na podwórzu; ale tak się zmagałem, żem nie słyszał, jak drzwi zaskrzypiały na swych zardzewiałych zawiasach.
Wreszcie ktoś dotknął mego ramienia, drgnąłem, obróciłem się i oczywiście byłem jeszcze więcej przestraszony, gdym przed sobą ujrzał mężczyznę w porządnem szarem ubraniu.
— Orlik!
— A, młody pan! Jak pan widzi, ja niemniej się zmieniłem, jak pan. Proszę, wejdź pan, wejdź. Polecono mi nie zostawiać drzwi otworem!
Wszedłem, zamknął je i wyjął klucz.
— Tak — rzekł, ponuro rozglądając się i idąc kilka kroków naprzód — więc i ja tu jestem!
— Jakeś się tu dostał?
— Przyszedłem na własnych nogach, a mój kufer przywieźli na taczkach.
— Jak ci się tu powodzi?
— Przypuszczam, że nieźle.
Nie bardzo wierzyłem temu. Miałem czas namyśleć się nad jego odpowiedzią, póki powoli podnosił swe tępe spojrzenie z ziemi, wdłuż mych nóg i rąk na twarz moją.
— Więc rzuciłeś kuźnię?
— Czy ten dom podobny do kuźni?
Spytałem, jak dawno porzucił kuźnię Hardżeri.
— Tu jeden dzień tak podobny do drugiego, że nie mogę tego dokładnie powiedzieć. Jednakże znalazłem się tu wkrótce po pańskim wyjeździe.
— Mogłem to odgadnąć!
— A! przecież i pan zająłeś się nauką.
Tymczasem doszliśmy do domu, gdzie zobaczyłem, że pokój Orlika był tuż obok drzwi bocznych i miał maleńkie okno, wychodzące na podwórze. Małymi rozmiarami przypominał komórki paryskich portierów. Jakieś klucze wisiały na ścianach, do nich przyłączył obecnie i klucz od bramy; przykryta derką pościel znajdowała się w niewielkiem zagłębieniu, czy niszy. Wszystko to miało jakiś ciasny wygląd, jak klatka borsuka, a gdy Orlik wychylał się z ciemnego kąta przy oknie, zdawało się, że sam jest borsukiem, właścicielem tej klatki, czem był w rzeczy samej.
— Nigdy nie widziałem tego pokoju i dozorcy.
— Nie było go do tej pory, póki nie zaczęto się obawiać, że to miejsce niebezpieczne, dzięki wielu włóczącym się tu skazańcom i innej hołocie. Wówczas mnie polecono jako człowieka, który może za siebie ręczyć a ja przyjąłem miejsce. Praca tu lżejsza, aniżeli poranie się z miechem i kowadłem. A tę broń posiadam na wszelki wypadek.
Oczy me zatrzymały się na broni okutej miedzią, wiszącej nad piecem. Spostrzegł to spojrzenie.
— Cóż, czy mam iść do pani Chewiszem?
— Powieście mnie, jeśli wiem — rzekł, przeciągając się — o tem nie mówi dana mi instrukcya. Tym oto młotkiem uderzę we dzwon i pójdzie pan korytarzem, póki kogoś nie spotka.
— Oczekuje mnie, przypuszczam?
— Powieście mnie po raz drugi, jeśli mogę na to odpowiedzieć.
Poszedłem długim korytarzem, po którym chodziłem już tyle razy w swych grubych trzewikach, a Orlik zadzwonił. Głos dzwonu jeszcze nie zamilkł, gdym spotkał panią Sarę Poket na końcu korytarza, która, ujrzawszy mnie jakby pożółkła i pozieleniała.
— O! to pan, panie Pip?
— Ja. Bardzom rad, że mogę pani oznajmić, że pan Mateusz i cała rodzina jego zdrowi.
— Czy zmądrzeli cokolwiek? — spytała, smutno kiwając głową — niechby byli mniej zdrowi a mędrsi. Ach Mateusz, Mateusz!... Pan zna drogę?
Drogę znałem doskonale; często pociemku szedłem temi schodami. I teraz trafiłem i po dawnemu zapukałem do drzwi pani Chewiszem. Zaraz rzekła: „To Pip puka. Wejdź Pip!“
Pani Chewiszem siedziała w krześle, przy dawnym stole, w zwykłej sukni; ręce miała skrzyżowane na lasce, oparła na nich brodę i patrzyła w ogień. Obok niej siedziała z nieużywanym ni razu pantofelkiem w rękach i z pochyloną nad nim głową, wystrojona pani, której nigdy przedtem nie widziałem.
— Wejdź Pip! — szeptała pani Chewiszem, nie podnosząc oczu — wejdź. Jakże twoje zdrowie? Całujesz mą rękę, jakbym była królową — he?
Następnie spojrzała na mnie z pod oka i powtórzyła jakoś gniewnie i żartobliwie zarazem: „he“?
— Słyszałem, że pani była tak dobrą i chciała widzieć się ze mną — przyjechałem więc.
— No to dobrze.
Pani, „której przedtem nigdy nie widziałem podniosła oczy i przenikliwie spojrzała na mnie. Poznałem oczy Estelli; ale tak zmieniła się, tak wypiękniała, tak ułożyła; wszystko, co było w niej pięknego, tak się dziwnie w niej rozwinęło, iż miałem wrażenie, żem się wcale nie zmienił.
Patrząc na nią, wyobrażałem sobie, że znów jestem beznadziejnym, prostym, ordynarnym chłopcem. Poczucie niezmiernej różnicy między nami opanowało mnie i stała się niedostępną w mych oczach.
Wyciągnęła rękę, wyszeptałem coś o zadowoleniu, że ją widzę znowu.
— Czy znajdujesz, że się bardzo zmieniła, Pip? — spytała pani Chewiszem ze swem dziwnem spojrzeniem i uderzyła laską po krześle stojącem naprzeciw niej, zapraszając mnie w ten sposób do siedzenia.
— Gdym wszedł, nie poznałem ani jednego rysu Estelli, ale obecnie wszystko dziwnie ją przypomina....
— Ale nie chcesz chyba powiedzieć, że wciąż jest poprzednią Estellą? Niegdyś była dumną i zuchwałą i chciałeś uciekać od niej. Pamiętasz?
Odpowiedziałem wymijająco, że było to tak dawno, iż nic lepszego nie byłem wart i t. d. Estella uśmiechała się zupełnie spokojnie, mówiąc, że niewątpliwie miałem wówczas słuszność i że była wtedy bardzo niemiła dziewczyną.
— A on zmienił się?
— Bardzo. — odrzekła Estella, patrząc na mnie.
— Mniej ordynarny i nieociosany? — spytała pani Chewiszem; bawiąc się włosami Estelli.
Estella zaśmiała się; popatrzyła na pantofelek, trzymany w rękach, znowu zaśmiała się, spojrzała na mnie i położyła pantofelek. Wciąż obchodziła się ze mną, jak z dzieckiem, choć kokietowała mnie. Siedzieliśmy w dawnej usypiającej sali, pod wpływem tego starego umeblowania; które niegdyś tak silnie działało na mnie. Dowiedziałem się, że Estella dopiero co wróciła z Francyi i udaje się do Londynu. Dumna i kapryśna, jak dawniej, nadzwyczaj wypiękniała. Widok jej obudził żywe wspomnienie brzydkiego pragnienia bogactwa i dżentelmeństwa, które tak prześladowało mnie w młodości i wszystkich tych głupich uczuć, które powodowały we mnie wtedy wstyd domu rodzinnego i Józefa, wszystkich wizyi, które przedstawiały mej wyobraźni jej postać w płomieniach ogniska, przywodziły ją w uderzeniach młota i rysowały w ciemnościach nocy, zaglądającej przez wiejskie okno kuźni; słowem nie mogłem ani w przeszłości, ani obecnie wyrwać myśli o Estelli z najskrytszej głębiny mej duszy.
Postanowiły, że spędzę z niemi wieczór, na noc wrócę do hotelu a do Londynu odjadę jutro zrana. Gdy pani Chewiszem porozmawiała z nami, posłała nas oboje, byśmy pochodzili po ogrodzie. Wróciwszy ze spaceru miałem powozić ją trochę w krześle, jak dawniej.
Wyszliśmy zatem z Estellą przez furtkę, którą wychodziłem w dniu walki z młodym dżentelmenem, obecnie Herbertem. Drżałem cały w duszy i ubóstwiałem nawet kraj jej sukni; ona zaś była zupełnie spokojną i prawdopodobnie niczego we mnie nie ceniła.
Gdyśmy zbliżyli się do miejsca znakomitego zwycięstwa, zatrzymała się i rzekła:
— Byłam widocznie dziwnem, małem stworzeniem, bo skryta śledziłam wasz pojedynek; to widowisko bardzo mnie zabawiło.
— Szczodrze mnie pani nagrodziła.
— Czy tak? — wyrzekła obojętnie, jakby nie rozumiejąc, o co chodzi. — Pamiętam, że bytem bardzo zła na pańskiego przeciwnika; bardzo mi się nie podobała jego obecność; pojawieniem swojemi doprowadzał mnie do nudów.
— Jestem obecnie z nim w wielkiej przyjaźni.
— Tak? Podobno ojciec jego uczy pana?
— Tak.
Niechętnie odrzekłem na to pytanie, zdawało mi się zbyt dziecinnem a ona już i bez tego obchodziła się ze mną, jak z dzieckiem.
— Ze zmianą swego położenia, zmienił pan i przyjaciół — rzekła Estella.
— Naturalnie.
— I oczywiście otoczenie, które niegdyś było dobre dla pana, obecnie jest zupełnie niewłaściwe.
Nie wiem, czy miałem w duszy zamiar odwiedzenia Józefa; lecz jeśli miałem, to uwaga Estelli zniweczyła go.
— Nie spodziewał się pan wówczas takiej szczęśliwej zmiany? — rzekła Estella, czyniąc w powietrzu lekki ruch ręką, wspominając czas pojedynku.
— Ani trochę.
Wyraz wyższości, z jakim szła obok mnie i wyraz mego uniżenia i pokory, stanowiły zupełne przeciwieństwo, dokładnie odczuwane przeze mnie. Poczucie to bolałoby mnie bardziej, gdybym nie czuł się napewno wybranym i przeznaczonym dla niej.
Sad zbyt zapuścił się i zarósł, by można było po nim biegać; obeszliśmy go dwa lub trzy razy i znaleźliśmy się na podwórzu browaru. Pokazałem jej dokładnie miejsce, w którem niegdyś widziałem ją na beczkach. Na to odrzekła tylko — „Czy tak?“ — i spojrzała obojętnie w tę stronę. Przypomniałem, jakto wyszła z domu i wyniosła mi śniadanie; ale odpowiedziała, że nie pamięta.
— Jakto, nie pamięta pani, że pani była przyczyną mego płaczu?
— Nie — odrzekła, poruszywszy głową, oglądając się dookoła siebie.
To zapomnienie z jej strony sprawiło, żem zapłakał znów w głębi duszy i to bardziej gorzkiemi łzami.
— Powinieneś pan wiedzieć — rzekła, zbliżając się do mnie tyle, ile przystoi to pięknej i wspaniałej kobiecie — powinieneś pan wiedzieć, że nie mam serca; nie wiem, czy ma to jaki wpływ na pamięć.
Wyszeptałem, że ośmielam się wątpić o tem i mam do tego podstawy, bo taka piękność nie może być bez serca.
— O, tak! Nie wątpię, że mam serce, które można przebić kindżałem lub kulą i gdy ono przestanie bić, umrę. Ale pan wie, że nie to chciałam powiedzieć. Nie mam czułości, sympatyi, uczuć i innych dzieciństw.
Co uderzyło mnie w chwili, gdy stała przede mną i uważnie patrzyła na mnie? Czy jej podobieństwo do pani Chewiszem? Nie. W niektórych tylko spojrzeniach i ruchach był cień podobieństwa do pani Chewiszem, jakie często spotykamy w dzieciach, które wyrosły pod wyłącznym wpływem danej osoby, zdala od obcych; w następstwie czego odbija się dziwne podobieństwo w wyrazie twarzy, choćby rysy nie miały nic wspólnego.
Jednakże ona przypomniała mi nie panią Chewiszem. Spojrzałem raz jeszcze, a ona wciąż patrzyła na mnie, ale wrażenia moje już znikły. Cóż to było?
— Nie żartuję — mówiła Estella z jakimś smutnym wyrazem, choć brwi jej się nie chmurzyły. — Jeśli los ma nas często sprowadzać razem, to od razu radzę panu uwierzyć mi. Nie — ciągnęła, łaskawie wstrzymując mnie, gdym chciał już otworzyć usta. — Nikogo i niczegom nie kochała. Nigdy nie odczuwałam nic podobnego.
Za chwilę znaleźliśmy się w opuszczonym browarze, tu pokazała wysoką galeryę, na którą wchodziła w pierwszym dniu naszej znajomości, przypominając, że „była tam, i widziała mnie na dole przerażonego“. Póki oczy me śledziły jej białą rączkę, znowu to samo smutne, nierozstrzygnięte pytanie przeniknęło mnie. Mimowolny mój dreszcz skłonił ją do położenia ręki na mojej. Natychmiast dziwne me myśli rozwiały się. Cóż to było?
— Co panu? czy pana znów co przestraszyło?
— Musiałbym się przestraszyć, gdybym mógł wierzyć pani słowom — rzekłem, pragnąc zmienić rozmowę.
— A więc pan nie wierzy? Cóż robić? W każdym razie, przyznałam się. Pani Chewiszem będzie wkrótce czekała na pana, by pan ją powoził w fotelu, choć myślę, że możnaby to obecnie zarzucić, wraz z resztą zwyczajów. Obejdziemy jeszcze raz dookoła ogrodu a potem wrócimy do domu. Chodź. Dziś nie powinieneś wylewać łez nad mem zepsuciem; bądź mym paziem i pozwól mi się oprzeć na swem ramieniu.
Piękna jej suknia sunęła się dotychczas po ziemi. Teraz podniosła ją jedną ręką a drugą oparła się zlekka na mem ramieniu. Jeszcze dwa, czy trzy razy okrążyliśmy zapuszczony sad wokoło i wydał mi się cały, jakby w kwiatach. Gdyby zielone i żółte trawki w szczelinach starego muru były najrzadszymi kwiatami, nie mogłyby mieć większego powabu w mych wspomnieniach.
Nie było między nami różnicy w latach, któraby mogła stać się dla nas przeszkodą. Byliśmy prawie rówieśnikami. Ale jej piękność i zachowanie tłumaczyły me uniesienie, choć w głębi duszy byłem przekonany, że opiekunka przeznacza nas sobie. Wreszcie wróciliśmy do domu i tam ujrzałem ze zdziwieniem, że Dżaggers przyjechał, by zobaczyć się z panią Chewiszem w jakiejś sprawie i pozostać na obiedzie. W sali, gdzie stał pokryty zgnilizną stół, zapalono stare świeczniki i pani Chewiszem siedziała w fotelu, czekając na mnie.
Gdyśmy zaczęli zakreślać dziwne kręgi koło resztek ślubnego pasztetu, wydało mi się, że wraz z krzesłem unoszę się w przeszłość. Ale w tej sali i obok tego trupa, jakby powstałego z grobu, Estella wydala się jeszcze piękniejszą i byłem bardziej jeszcze, niż kiedykolwiek oczarowany.
Zbliżała się pora obiadowa i Estella pozostawiła nas, aby przebrać się do stołu. Zatrzymaliśmy się przy długim stole, a pani Chewiszem położyła swą suchą rękę na zżółkłym obrusie. Estella obejrzała się na progu sali; Pani Chewiszem posłała jej ręką pocałunek z tak namiętnem spojrzeniem, że mimowoli wzbudziło to we mnie strach.
Estella wyszła. Pozostaliśmy sami, a pani Chewiszem zwróciła się do mnie i spytała szeptem:
— Cóż, piękna, wdzięczna i wspaniała? Podoba ci się?
— Musi się podobać każdemu, kto ją zna.
Objąwszy jedną ręką mą szyję, przysunęła mą głowę do swojej.
— Kochaj, kochaj ją! Jak ona się z tobą obchodzi?
Zanim zdołałem jej odpowiedzieć (jeśli tylko mogłem cokolwiek odpowiedzieć na tak trudne pytanie) powtórzyła:
— Kochaj, kochaj ją! Jeśli zacznie cię wyróżniać — kochaj ją. Jeśli będzie cię obrażać — kochaj ją. Jeśli będzie rozdzierać twe serce na części i im starszym będziesz, tem głębszemi będą twe rany — zawsze kochaj, kochaj ją!
Nigdy nie słyszałem słów wypowiedzianych z takim ogniem. Czułem, jak muskuły jej suchej ręki, obejmującej mą szyję, napływały krwią od ogarniającego ją wzruszenia.
— Słuchaj, Pip! Przyjęłam ją do siebie, aby ją kochali. Starałam się o nią i wychowałam tak, aby ją kochali. Zrobiłam ją tem, czem jest teraz a wszystko dlatego, aby ją kochali — kochali!
Powtórzyła ostatnie słowo zbyt często, bym mógł się co do niego mylić, ale jeśliby ono zamiast miłości oznaczało nienawiść, ból, zemstę, przekleństwo, nie mogłaby go wyrazić straszniejszym głosem.
— Powiem ci — ciągnęła tym samym przerywanym strasznym szeptem — co to jest prawdziwa miłość — to ślepe, nie liczące się z niczem poniżenie, to zupełne ukorzenie się, wiara i nadzieja wbrew samemu sobie, to wreszcie pełne oddanie duszy i serca ukochanemu człowiekowi. To właśnie to, com ja uczyniła!
Tu wydała dziki krzyk; schwyciłem ją wpół dlatego, że wstała z krzesła i rzuciła się naprzód, jakby chciała uderzyć sobą o ścianę i zabić się.
Wszystko to zaszło w jednej chwili. Posadziwszy ją na krześle, poczułem znany zapach mydła i gdym się obejrzał, ujrzałem w pokoju Dżaggersa.
Zdaje mi się, że nie mówiłem, iż zawsze nosił jedwabną, wielkich rozmiarów chustkę do nosa, która odgrywała wielką rolę w jego zawodzie. Widziałem, jak mieszał klienta lub świadka tem, że tryumfalnie rozpościerał swą chustkę, jakby miał zamiar zaraz obetrzeć nos, ale potem zatrzymywał się wiedząc, że nie zdoła tego dokonać, a już klient lub świadek złoży zeznanie. Gdym zobaczył go w pokoju, trzymał swą złowieszczą chustkę w obu rękach i patrzył na nas. Widząc me spojrzenie, pozostał parę chwil, milcząc, w tej pozie: „Czyż? Dziwne!“ a potem z niezwykłą szybkością obrócił chustkę na właściwy jej użytek.
Pani Chewiszem spostrzegła go równocześnie ze mną, ona, podobnie jak i wszyscy bała się go. Okazała silną chęć usprawiedliwienia się i wyszeptała, że jest punktualny jak zawsze.
— Punktualny jak zawsze — powtórzył, zbliżając się ku nam. — Jak twoje zdrowie, Pip? Czy życzy sobie pani, bym ją powoził w fotelu dookoła sali? A więc jesteś tu, Pip?
Odpowiedziałem, że pani Chewiszem pragnęła, bym przyjechał powitać Estellę. Na to zauważył:
— Tak, bardzo piękna panienka!
Potem jedną ręką popychał przed sobą fotel z panią Chewiszem, drugą zaś włożył do kieszeni od spodni, jakby kieszeń jego była pełna tajemnic, a on chciał je zatrzymać.
— Cóż, Pip, często widywałeś pannę Estellę poprzednio? — spytał wstając.
— Jakto często?
— Tak, wiele razy? Dziesięć tysięcy, co?
— O nie, napewno nie tyle razy.
— Więc dwa razy?
— Dżaggers, wmieszała się pani Chewiszem na moje szczęście — zostaw pan Pipa w spokoju i idź z nim na obiad.
Posłuchał i razem zeszliśmy po ciemnych schodach. Po drodze do oddzielnego skrzydła w tylnej części podwórza zapytał, czym często widywał panią Chewiszem przy obiedzie i według zwyczaju dał mi obszerny wybór między stu razami a jednym.
Pomyślałem i rzekłem:
— Nigdy!
— I nigdy nie zobaczysz. Od tej pory, gdy zaczęła obecny rodzaj życia, nigdy nie pozwoliła sobie jeść ani pić w niczyjej obecności. Włóczy się po nocy i wówczas żywi się tem, co znajdzie.
— Czy mogę panu zadać pytanie?
— Możesz, ale ja mogę uchylić się od odpowiedzi. No pytaj.
— Czy imię Estelli — Chewiszem, czy? — nie wiedziałem, co dodać.
— Czy jak?
— Chewiszem.
— Chewiszem.
Przyszliśmy do stołu, gdzie ona i Sara Poket oczekiwały już na nas. Pan Dżaggers usiadł na honorowem miejscu, Estella naprzeciw niego, ja zaś naprzeciw żółtozielonej przyjaciółki. Bardzo dobry był obiad. Przy stole usługiwała dziewczyna, której nie widziałem ani razu podczas poprzednich bytności, choć jak wiem, była przez cały czas w tym tajemniczym domu.
Po obiedzie postawiono butelkę doskonałego, starego portweinu przed mym opiekunem, i damy zostawiły nas samych.
Nigdy nie zauważyłem w panu Dżaggersie takiej upartej skrytości, jaką otaczał się w tym domu. Nie podnosił prawie oczu i tylko raz w ciągu całego obiadu spojrzał na Estellę. Kiedy mówiła do niego, słuchał, odpowiadał, gdy trzeba było, ale ani razu nie widziałem, by przy tem patrzył w jej twarz. Natomiast ona często patrzyła na niego badawczo z ciekawością i niedowierzaniem, ale z twarzy jego trudno było osądzić, czy dostrzega jej wejrzenia, czy nie. Podczas obiadu znajdował wielką przyjemność w pobudzaniu Sary Poket do złości, wspominając jej często w rozmowie o wielkich nadziejach, jakie mam na przyszłość. Wogóle czynił to nieznacznie, a raczej wyciągał ze mnie naiwnego podobne wzmianki. Gdyśmy zostali z nim sami, siedział z tak skupionym i tajemniczym wyrazem, że się niecierpliwiłem. Zdawało się, że bada szlachetność wina, nie mając nic innego do roboty. Podnosił szklankę do świecy, próbował wino, płukał niem gardło, połykał, znów patrzył na szklankę, wąchał, smakował, dolewał do szklanki, wszystko to wbudzało we mnie silne rozdrażnienie i niepokój. Trzy czy cztery razy chciałem zacząć rozmowę, ale widząc, że chcę mu zadać pytanie, ze szklanką w ręku rzucał zawsze na mnie spojrzenia i zabierał się do płukania gardła winem, jakby zwracał mi uwagę, że nie należy mówić z nim, bo nie może odpowiadać.
Zdaje mi się, że moja obecność mogłaby wreszcie doprowadzić panią Poket do wściekłości i wzbudzić w niej niebezpieczne pragnienie zerwania czepca, który był bardzo brzydki i rozrzucenia włosów po podłodze, które na pewno wyrosły nie na jej głowie. Nie pokazała się już więcej, gdyśmy przeszli do pokoju pani Chewiszem i we czwórkę zaczęliśmy grać wista. Podczas naszej nieobecności, przyszła pani Chewiszem do głowy dziwna myśl przybrania głowy, szyi i rąk Estelli w najkosztowniejsze ozdoby ze swej toalety i zauważyłem, że nawet opiekun mój podniósł trochę brwi i popatrzył na Estellę z pod oka — tak była piękną w blasku tych ozdób.
Nie mówię już, z jaką wprawą bił on nasze wysokie atuty i zostawał zwycięzca z nizkiemi nieznaczącemi kartami, przed któremi zupełnie znikała moc naszych królów i dam; zamilczę także o mych uczuciach na myśl, że widzi w nas trzy politowania godne zagadki, dawno już przezeń rozwiązane; najbardziej męczyła mnie dysharmonia jego groźnej obecności z miłością moją do Estelli. Było mi przykro, że przedmiot mej miłości był o dwa kroki od niego w tym samym pokoju — zdawało mi się, że nie zniosę tego.
Graliśmy do dziewiątej, poczem postanowiono, że gdy Estella pojedzie do Londynu, uprzedzą mnie, bym mógł wyjść naprzeciw na stacyę dyliżansów. Pożegnałem się z nią i wyszedłem.
Opiekun zajmował w zajeździe „Niebieskiego Dzika“ pokój obok mego. Do późnej nocy słowa pani Chewiszem: „kochaj, kochaj ją!“ dźwięczały mi w uszach. Wypowiadałem je po swojemu i sto razy zwierzałem się swej poduszce: „kocham, kocham ją!“
Czasami opanowywała mnie wdzięczność za to, że Estellę przeznaczono „mnie“. niegdyś uczniowi kowalskiemu. Bałem się, że ona obecnie wcale nie z zachwytem patrzy na taki los. Czy kiedy odwzajemni się? Kiedyż obudzę w niej serce, do tej pory pogrążone we śnie i apatyi?
Nieszczęśliwy sądziłem, że były to podniosłe uczucia i ani razu nie pomyślałem, że było nizkiem i małodusznem z mej strony usuwanie się od Józefa dlatego, że ona nim pogardza. Minął dzień i myśl o Józefie wycisnęła łzy na mych oczach; szybko jednak wyschły, niech mi to Bóg wybaczy!







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.