Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łem je po swojemu i sto razy zwierzałem się swej poduszce: „kocham, kocham ją!“
Czasami opanowywała mnie wdzięczność za to, że Estellę przeznaczono „mnie“. niegdyś uczniowi kowalskiemu. Bałem się, że ona obecnie wcale nie z zachwytem patrzy na taki los. Czy kiedy odwzajemni się? Kiedyż obudzę w niej serce, do tej pory pogrążone we śnie i apatyi?
Nieszczęśliwy sądziłem, że były to podniosłe uczucia i ani razu nie pomyślałem, że było nizkiem i małodusznem z mej strony usuwanie się od Józefa dlatego, że ona nim pogardza. Minął dzień i myśl o Józefie wycisnęła łzy na mych oczach; szybko jednak wyschły, niech mi to Bóg wybaczy!






Rozdział IV.

Po dobrym namyśle na drugi dzień rano, zdecydowałem się powiedzieć opiekunowi, że Orlik nie jest człowiekiem, któremuby można powierzyć miejsce u pani Chewiszem, wymagające wielkiego zaufania. — „Zapewne nie jest odpowiednim człowiekiem — odrzekł — bo niema człowieka, któremuby można było w zupełności zaufać“. — Był bardzo rad, że i ten wypadek nie podlegał wyjątkowi i z prawdzi-