Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zała się już więcej, gdyśmy przeszli do pokoju pani Chewiszem i we czwórkę zaczęliśmy grać wista. Podczas naszej nieobecności, przyszła pani Chewiszem do głowy dziwna myśl przybrania głowy, szyi i rąk Estelli w najkosztowniejsze ozdoby ze swej toalety i zauważyłem, że nawet opiekun mój podniósł trochę brwi i popatrzył na Estellę z pod oka — tak była piękną w blasku tych ozdób.
Nie mówię już, z jaką wprawą bił on nasze wysokie atuty i zostawał zwycięzca z nizkiemi nieznaczącemi kartami, przed któremi zupełnie znikała moc naszych królów i dam; zamilczę także o mych uczuciach na myśl, że widzi w nas trzy politowania godne zagadki, dawno już przezeń rozwiązane; najbardziej męczyła mnie dysharmonia jego groźnej obecności z miłością moją do Estelli. Było mi przykro, że przedmiot mej miłości był o dwa kroki od niego w tym samym pokoju — zdawało mi się, że nie zniosę tego.
Graliśmy do dziewiątej, poczem postanowiono, że gdy Estella pojedzie do Londynu, uprzedzą mnie, bym mógł wyjść naprzeciw na stacyę dyliżansów. Pożegnałem się z nią i wyszedłem.
Opiekun zajmował w zajeździe „Niebieskiego Dzika“ pokój obok mego. Do późnej nocy słowa pani Chewiszem: „kochaj, kochaj ją!“ dźwięczały mi w uszach. Wypowiada-