Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wem zadowoleniem, wysłuchał wszystkiego, com mógł o Orliku opowiedzieć.
— Dobrze, dobrze Pip — natychmiast wypłacę, co mu się należy i odprawię go.
Przestraszył mnie taki pospiech i zacząłem prosić, by poczekał jeszcze, gdyż niełatwo będzie rozprawić się z Orlikiem.
— Nie obawiaj się — chciałbym widzieć, jak się będzie wobec mnie zachowywał.
Mieliśmy wyjechać do Londynu dyliżansem, wychodzącym o dwunastej; skorzystałem z tego, i oznajmiłem, że zamierzam trochę przejść się po drodze londyńskiej i wsiądę do dyliżansu, gdy mnie dogoni. Postanowiłem tak postąpić, bo wciąż się obawiałem, że lada chwila przybiegnie Pembelczuk. Tak więc mogłem od razu wyjść z zajazdu. Obszedłem conajmniej dwa kilometry, by minąć dom pana Pembelczuka i skręciłem na główna ulicę trochę dalej za tą straszną pułapką, czując się prawie bezpiecznym.
Było mi miło po tylu latach znaleźć się znowu w tem cichem, starem miasteczku, a zdziwione spojrzenia przechodniów, poznających mnie, niemało pochlebiały mej miłości własnej. Dwóch lub trzech kupców wyszło nawet ze sklepów, by minąwszy mnie, wrócić nazad, niby po zapomnianą rzecz, w istocie zaś tylko po to, by spojrzeć mi w twarz. Trudno rozstrzygnąć, kto z nas przytem więcej uda-