Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wał; czy oni, starając się jak najlepiej odegrać komedyę, czy też ja, udając, że ich nie spostrzegłem. Byłem też zadowolony, gdy nagle los, jakby na złość, zetknął mnie z tym łotrem, chłopcem od Trebba.
Szedł naprzeciw, machając pustym, niebieskim workiem. Natychmiast zdecydowałem, że najlepiej będzie iść naprzód, bez zmieszania i spojrzeć mu prosto w oczy; tem zachowałbym swą godność i przytłumił jego złe skłonności. Tak uczyniłem i już cieszyłem się z powodzenia, gdy nagle zatrzymał się; kolana zadrżały mu, włosy stanęły dębem, czapka spadła, drżał cały i wybiegłszy na środek ulicy, zaczął wrzeszczeć: „Trzymajcie mnie! Zląkłem się!“ — chcąc tem okazać, że pańska moja powierzchowność wzbudziła w nim strach i wzruszenie. Gdym się z nim zrównał, zęby mu szczękały i z wyrazem najgłębszego uniżenia upadł na ziemię przede mną.
Nielekko mogłem znieść podobne ośmieszenie, ale było to niczem w porównaniu z tem, co nastąpiło. Nie uczyniłem nawet dwustu kroków, gdy ujrzałem znów przed sobą tego chłopca. Wychodził z za rogu. Niebieski worek miał przerzucony przez ramię, uczciwe przejęcie się pracą błyszczało mu w oczach, wesoło wracał do domu. Szedł jakby nic nie widząc i znów spotkał się ze mną i znów zaczął wyprawiać podobne żarty; zaczął kręcić się koło