Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zaś jej duszą i chociaż Estella opanowała mnie tak silnie, choć moje nadzieje i wyobraźnia moja zajmowały się nią jedynie, choć wpływ jej na me życie i na mój dziecinny charakter był wszechmocny, nawet tego romantycznego poranku nie oblokłem jej w jakieś dziwne dostojeństwo. Wciąż przypominam sobie tę okoliczność, dlatego, że ona winna stanowić przewodnią nić w mym ubogim labiryncie życia. Wiem z doświadczenia, że przyjęte o zakochanych pojęcia nie mogą być zawsze stanowczo prawdziwe. Prawda, że jeślim kiedykolwiek kochał Estellę, będąc mężczyzną, kochałem ją dlatego, żem uważał ją za niezwykle pociągającą. Wiedziałem i powtarzałem sobie to bardzo często, że kochałem ją wbrew rozsądkowi z utratą spokoju duszy, szczęścia, mimo beznadziejności, opanowującej mnie czasami. Nie kochałem jej mniej, choć odczuwałem to wszystko, kochałem, uważając ją za ziemską doskonałość.
Tak odbyłem swą włóczęgę i ocknąłem się przy drzwiach domu pani Chewiszem o oznaczonym jak dawniej czasie. Zadzwoniwszy niepewną ręką, zwróciłem się plecami do drzwi i starałem się odzyskać spokój i stłumić bicie serca. Słyszałem, jak drzwi boczne się otworzyły i rozległy się kroki na podwórzu; ale tak się zmagałem, żem nie słyszał, jak drzwi zaskrzypiały na swych zardzewiałych zawiasach.