Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wreszcie ktoś dotknął mego ramienia, drgnąłem, obróciłem się i oczywiście byłem jeszcze więcej przestraszony, gdym przed sobą ujrzał mężczyznę w porządnem szarem ubraniu.
— Orlik!
— A, młody pan! Jak pan widzi, ja niemniej się zmieniłem, jak pan. Proszę, wejdź pan, wejdź. Polecono mi nie zostawiać drzwi otworem!
Wszedłem, zamknął je i wyjął klucz.
— Tak — rzekł, ponuro rozglądając się i idąc kilka kroków naprzód — więc i ja tu jestem!
— Jakeś się tu dostał?
— Przyszedłem na własnych nogach, a mój kufer przywieźli na taczkach.
— Jak ci się tu powodzi?
— Przypuszczam, że nieźle.
Nie bardzo wierzyłem temu. Miałem czas namyśleć się nad jego odpowiedzią, póki powoli podnosił swe tępe spojrzenie z ziemi, wdłuż mych nóg i rąk na twarz moją.
— Więc rzuciłeś kuźnię?
— Czy ten dom podobny do kuźni?
Spytałem, jak dawno porzucił kuźnię Hardżeri.
— Tu jeden dzień tak podobny do drugiego, że nie mogę tego dokładnie powiedzieć. Jednakże znalazłem się tu wkrótce po pańskim wyjeździe.