Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Mogłem to odgadnąć!
— A! przecież i pan zająłeś się nauką.
Tymczasem doszliśmy do domu, gdzie zobaczyłem, że pokój Orlika był tuż obok drzwi bocznych i miał maleńkie okno, wychodzące na podwórze. Małymi rozmiarami przypominał komórki paryskich portierów. Jakieś klucze wisiały na ścianach, do nich przyłączył obecnie i klucz od bramy; przykryta derką pościel znajdowała się w niewielkiem zagłębieniu, czy niszy. Wszystko to miało jakiś ciasny wygląd, jak klatka borsuka, a gdy Orlik wychylał się z ciemnego kąta przy oknie, zdawało się, że sam jest borsukiem, właścielem tej klatki, czem był w rzeczy samej.
— Nigdy nie widziałem tego pokoju i dozorcy.
— Nie było go do tej pory, póki nie zaczęto się obawiać, że to miejsce niebezpieczne, dzięki wielu włóczącym się tu skazańcom i innej hołocie. Wówczas mnie polecono jako człowieka, który może za siebie ręczyć a ja przyjąłem miejsce. Praca tu lżejsza, aniżeli poranie się z miechem i kowadłem. A tę broń posiadam na wszelki wypadek.
Oczy me zatrzymały się na broni okutej miedzią, wiszącej nad piecem. Spostrzegł to spojrzenie.
— Cóż, czy mam iść do pani Chewiszem?
— Powieście mnie, jeśli wiem — rzekł,