Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przeciągając się — o tem nie mówi dana mi instrukcya. Tym oto młotkiem uderzę we dzwon i pójdzie pan korytarzem, póki kogoś nie spotka.
— Oczekuje mnie, przypuszczam?
— Powieście mnie po raz drugi, jeśli mogę na to odpowiedzieć.
Poszedłem długim korytarzem, po którym chodziłem już tyle razy w swych grubych trzewikach, a Orlik zadzwonił. Głos dzwonu jeszcze nie zamilkł, gdym spotkał panią Sarę Poket na końcu korytarza, która, ujrzawszy mnie jakby pożółkła i pozieleniała.
— O! to pan, panie Pip?
— Ja. Bardzom rad, że mogę pani oznajmić, że pan Mateusz i cała rodzina jego zdrowi.
— Czy zmądrzeli cokolwiek? — spytała, smutno kiwając głową — niechby byli mniej zdrowi a mędrsi. Ach Mateusz, Mateusz!... Pan zna drogę?
Drogę znałem doskonale; często pociemku szedłem temi schodami. I teraz trafiłem i po dawnemu zapukałem do drzwi pani Chewiszem. Zaraz rzekła: „To Pip puka. Wejdź Pip!“
Pani Chewiszem siedziała w krześle, przy dawnym stole, w zwykłej sukni; ręce miała skrzyżowane na lasce, oparła na nich brodę i patrzyła w ogień. Obok niej siedziała z nieużywanym ni razu pantofelkiem w rękach i z pochyloną nad nim głową, wystrojona pani, której nigdy przedtem nie widziałem.