Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wejdź Pip! — szeptała pani Chewiszem, nie podnosząc oczu — wejdź. Jakże twoje zdrowie? Całujesz mą rękę, jakbym była królową — he?
Następnie spojrzała na mnie z pod oka i powtórzyła jakoś gniewnie i żartobliwie zarazem: „he“?
— Słyszałem, że pani była tak dobrą i chciała widzieć się ze mną — przyjechałem więc.
— No to dobrze.
Pani, „której przedtem nigdy nie widziałem podniosła oczy i przenikliwie spojrzała na mnie. Poznałem oczy Estelli; ale tak zmieniła się, tak wypiękniała, tak ułożyła; wszystko, co było w niej pięknego, tak się dziwnie w niej rozwinęło, iż miałem wrażenie, żem się wcale nie zmienił.
Patrząc na nią, wyobrażałem sobie, że znów jestem beznadziejnym, prostym, ordynarnym chłopcem. Poczucie niezmiernej różnicy między nami opanowało mnie i stała się niedostępną w mych oczach.
Wyciągnęła rękę, wyszeptałem coś o zadowoleniu, że ją widzę znowu.
— Czy znajdujesz, że się bardzo zmieniła, Pip? — spytała pani Chewiszem ze swem dziwnem spojrzeniem i uderzyła laską po krześle stojącem naprzeciw niej, zapraszając mnie w ten sposób do siedzenia.