Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Byliśmy prawie rówieśnikami. Ale jej piękność i zachowanie tłumaczyły me uniesienie, choć w głębi duszy byłem przekonany, że opiekunka przeznacza nas sobie. Wreszcie wróciliśmy do domu i tam ujrzałem ze zdziwieniem, że Dżaggers przyjechał, by zobaczyć się z panią Chewiszem w jakiejś sprawie i pozostać na obiedzie. W sali, gdzie stał pokryty zgnilizną stół, zapalono stare świeczniki i pani Chewiszem siedziała w fotelu, czekając na mnie.
Gdyśmy zaczęli zakreślać dziwne kręgi koło resztek ślubnego pasztetu, wydało mi się, że wraz z krzesłem unoszę się w przeszłość. Ale w tej sali i obok tego trupa, jakby powstałego z grobu, Estella wydala się jeszcze piękniejszą i byłem bardziej jeszcze, niż kiedykolwiek oczarowany.
Zbliżała się pora obiadowa i Estella pozostawiła nas, aby przebrać się do stołu. Zatrzymaliśmy się przy długim stole, a pani Chewiszem położyła swą suchą rękę na zżółkłym obrusie. Estella obejrzała się na progu sali; Pani Chewiszem posłała jej ręką pocałunek z tak namiętnem spojrzeniem, że mimowoli wzbudziło to we mnie strach.
Estella wyszła. Pozostaliśmy sami, a pani Chewiszem zwróciła się do mnie i spytała szeptem:
— Cóż, piękna, wdzięczna i wspaniała? Podoba ci się?