Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Musi się podobać każdemu, kto ją zna.
Objąwszy jedną ręką mą szyję, przysunęła mą głowę do swojej.
— Kochaj, kochaj ją! Jak ona się z tobą obchodzi?
Zanim zdołałem jej odpowiedzieć (jeśli tylko mogłem cokolwiek odpowiedzieć na tak trudne pytanie) powtórzyła:
— Kochaj, kochaj ją! Jeśli zacznie cię wyróżniać — kochaj ją. Jeśli będzie cię obrażać — kochaj ją. Jeśli będzie rozdzierać twe serce na części i im starszym będziesz, tem głębszemi będą twe rany — zawsze kochaj, kochaj ją!
Nigdy nie słyszałem słów wypowiedzianych z takim ogniem. Czułem, jak muskuły jej suchej ręki, obejmującej mą szyję, napływały krwią od ogarniającego ją wzruszenia.
— Słuchaj, Pip! Przyjęłam ją do siebie, aby ją kochali. Starałam się o nią i wychowałam tak, aby ją kochali. Zrobiłam ją tem, czem jest teraz a wszystko dlatego, aby ją kochali — kochali!
Powtórzyła ostatnie słowo zbyt często, bym mógł się co do niego mylić, ale jeśliby ono zamiast miłości oznaczało nienawiść, ból, zemstę, przekleństwo, nie mogłaby go wyrazić straszniejszym głosem.
— Powiem ci — ciągnęła tym samym przerywanym strasznym szeptem — co to jest prawdziwa miłość — to ślepe, nie liczące się