Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


to chciałam powiedzieć. Nie mam czułości, sympatyi, uczuć i innych dzieciństw.
Co uderzyło mnie w chwili, gdy stała przede mną i uważnie patrzyła na mnie? Czy jej podobieństwo do pani Chewiszem? Nie. W niektórych tylko spojrzeniach i ruchach był cień podobieństwa do pani Chewiszem, jakie często spotykamy w dzieciach, które wyrosły pod wyłącznym wpływem danej osoby, zdala od obcych; w następstwie czego odbija się dziwne podobieństwo w wyrazie twarzy, choćby rysy nie miały nic wspólnego.
Jednakże ona przypomniała mi nie panią Chewiszem. Spojrzałem raz jeszcze, a ona wciąż patrzyła na mnie, ale wrażenia moje już znikły. Cóż to było?
— Nie żartuję — mówiła Estella z jakimś smutnym wyrazem, choć brwi jej się nie chmurzyły. — Jeśli los ma nas często sprowadzać razem, to od razu radzę panu uwierzyć mi. Nie — ciągnęła, łaskawie wstrzymując mnie, gdym chciał już otworzyć usta. — Nikogo i niczegom nie kochała. Nigdy nie odczuwałam nic podobnego.
Za chwilę znaleźliśmy się w opuszczonym browarze, tu pokazała wysoką galeryę, na którą wchodziła w pierwszym dniu naszej znajomości, przypominając, że „była tam, i widziała mnie na dole przerażonego“. Póki oczy me śledziły jej białą rączkę, znowu to samo