Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przeze mnie. Poczucie to bolałoby mnie bardziej, gdybym nie czuł się napewno wybranym i przeznaczonym dla niej.
Sad zbyt zapuścił się i zarósł, by można było po nim biegać; obeszliśmy go dwa lub trzy razy i znaleźliśmy się na podwórzu browaru. Pokazałem jej dokładnie miejsce, w którem niegdyś widziałem ją na beczkach. Na to odrzekła tylko — „Czy tak?“ — i spojrzała obojętnie w tę stronę. Przypomniałem, jakto wyszła z domu i wyniosła mi śniadanie; ale odpowiedziała, że nie pamięta.
— Jakto, nie pamięta pani, że pani była przyczyną mego płaczu?
— Nie — odrzekła, poruszywszy głową, oglądając się dookoła siebie.
To zapomnienie z jej strony sprawiło, żem zapłakał znów w głębi duszy i to bardziej gorzkiemi łzami.
— Powinieneś pan wiedzieć — rzekła, zbliżając się do mnie tyle, ile przystoi to pięknej i wspaniałej kobiecie — powinieneś pan wiedzieć, że nie mam serca; nie wiem, czy ma to jaki wpływ na pamięć.
Wyszeptałem, że ośmielam się wątpić o tem i mam do tego podstawy, bo taka piękność nie może być bez serca.
— O, tak! Nie wątpię, że mam serce, które można przebić kindżałem lub kulą i gdy ono przestanie bić, umrę. Ale pan wie, że nie