Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Punktualny jak zawsze — powtórzył, zbliżając się ku nam. — Jak twoje zdrowie, Pip? Czy życzy sobie pani, bym ją powoził w fotelu dookoła sali? A więc jesteś tu, Pip?
Odpowiedziałem, że pani Chewiszem pragnęła, bym przyjechał powitać Estellę. Na to zauważył:
— Tak, bardzo piękna panienka!
Potem jedną ręką popychał przed sobą fotel z panią Chewiszem, drugą zaś włożył do kieszeni od spodni, jakby kieszeń jego była pełna tajemnic, a on chciał je zatrzymać.
— Cóż, Pip, często widywałeś pannę Estellę poprzednio? — spytał wstając.
— Jakto często?
— Tak, wiele razy? Dziesięć tysięcy, co?
— O nie, napewno nie tyle razy.
— Więc dwa razy?
— Dżaggers, wmieszała się pani Chewiszem na moje szczęście — zostaw pan Pipa w spokoju i idź z nim na obiad.
Posłuchał i razem zeszliśmy po ciemnych schodach. Po drodze do oddzielnego skrzydła w tylnej części podwórza zapytał, czym często widywał panią Chewiszem przy obiedzie i według zwyczaju dał mi obszerny wybór między stu razami a jednym.
Pomyślałem i rzekłem:
— Nigdy!
— I nigdy nie zobaczysz. Od tej pory, gdy