Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Rozdział IV.

Po dobrym namyśle na drugi dzień rano, zdecydowałem się powiedzieć opiekunowi, że Orlik nie jest człowiekiem, któremuby można powierzyć miejsce u pani Chewiszem, wymagające wielkiego zaufania. — „Zapewne nie jest odpowiednim człowiekiem — odrzekł — bo niema człowieka, któremuby można było w zupełności zaufać“. — Był bardzo rad, że i ten wypadek nie podlegał wyjątkowi i z prawdziwem zadowoleniem, wysłuchał wszystkiego, com mógł o Orliku opowiedzieć.
— Dobrze, dobrze Pip — natychmiast wypłacę, co mu się należy i odprawię go.
Przestraszył mnie taki pospiech i zacząłem prosić, by poczekał jeszcze, gdyż niełatwo będzie rozprawić się z Orlikiem.
— Nie obawiaj się — chciałbym widzieć, jak się będzie wobec mnie zachowywał.
Mieliśmy wyjechać do Londynu dyliżansem, wychodzącym o dwunastej; skorzystałem z tego, i oznajmiłem, że zamierzam trochę przejść się po drodze londyńskiej i wsiądę do dyliżansu, gdy mnie dogoni. Postanowiłem tak postąpić, bo wciąż się obawiałem, że lada chwila przybiegnie Pembelczuk. Tak więc mogłem od razu wyjść z zajazdu. Obszedłem conajmniej dwa kilometry, by minąć dom pana Pembelczuka i skręciłem na główna ulicę trochę dalej za tą straszną pułapką, czując się prawie bezpiecznym.
Było mi miło po tylu latach znaleźć się znowu w tem cichem, starem miasteczku, a zdziwione spojrzenia przechodniów, poznających mnie, niemało pochlebiały mej miłości własnej. Dwóch lub trzech kupców wyszło nawet ze sklepów, by minąwszy mnie, wrócić nazad, niby po zapomnianą rzecz, w istocie zaś tylko po to, by spojrzeć mi w twarz. Trudno rozstrzygnąć, kto z nas przytem więcej udawał; czy oni, starając się jak najlepiej odegrać komedyę, czy też ja, udając, że ich nie spostrzegłem. Byłem też zadowolony, gdy nagle los, jakby na złość, zetknął mnie z tym łotrem, chłopcem od Trebba.
Szedł naprzeciw, machając pustym, niebieskim workiem. Natychmiast zdecydowałem, że najlepiej będzie iść naprzód, bez zmieszania i spojrzeć mu prosto w oczy; tem zachowałbym swą godność i przytłumił jego złe skłonności. Tak uczyniłem i już cieszyłem się z powodzenia, gdy nagle zatrzymał się; kolana zadrżały mu, włosy stanęły dębem, czapka spadła, drżał cały i wybiegłszy na środek ulicy, zaczął wrzeszczeć: „Trzymajcie mnie! Zląkłem się!“ — chcąc tem okazać, że pańska moja powierzchowność wzbudziła w nim strach i wzruszenie. Gdym się z nim zrównał, zęby mu szczękały i z wyrazem najgłębszego uniżenia upadł na ziemię przede mną.
Nielekko mogłem znieść podobne ośmieszenie, ale było to niczem w porównaniu z tem, co nastąpiło. Nie uczyniłem nawet dwustu kroków, gdy ujrzałem znów przed sobą tego chłopca. Wychodził z za rogu. Niebieski worek miał przerzucony przez ramię, uczciwe przejęcie się pracą błyszczało mu w oczach, wesoło wracał do domu. Szedł jakby nic nie widząc i znów spotkał się ze mną i znów zaczął wyprawiać podobne żarty; zaczął kręcić się koło mnie, uginając kolana i wyciągając do mnie ręce, jakby błagając mnie o łaskę. Wstrętne jego wykrzykiwania się były witane wesołymi oklaskami całego kółka widzów. Stanowczo nie wiedziałem, gdzie mam się podziać.
Nie doszedłem do stacyi pocztowej, gdy zabiegł mi po raz drugi. Teraz zupełnie się zmienił: nałożył niebieski worek na siebie, tak jak ja zarzutkę i poważnie kroczył drugą stroną ulicy. Za nim ze śmiechem biegł cały tłum towarzyszy, do których ze znaczącym gestem krzyczał od czasu do czasu: — „Usuńcie się! nie znam was“. Żadne słowa nie mogą wyrazić, jak byłem wściekły i obrażony, gdy przechodząc koło mnie, poprawił kołnierz koszuli, musnął włosy na skroniach, podparł się i tonem obrzydzenia, przeciągle powtórzył: — „Nie znam was, nie znam, słowo honoru, nie znam!“
Potem prześladował mnie wzdłuż mostu, krzycząc i kracząc głośno, jak złowieszczy ptak, znający mnie jeszcze z kuźni. To ostatnie przejście dopełniło miary wstrętu, z jakim opuszczałem miasto.
Teraz jeszcze myślę, że nic mi nie pozostawało innego, jak zbić tego ulicznika, albo znieść obelgę. Pobicie go na ulicy, lub żądanie zadosyćuczynienia byłoby małą dlań karą. Przytem był zwinnym, skręcał się, jak żmija, z pogardliwym chychotem prześlizgiwał się między nogami. Na drugi dzień napisałem do pana Trebba, że będę musiał zerwać z nim stosunki, jeśli do tego stopnia nie szanuje publiczności, że trzyma u siebie takiego niegodziwca, zasługującego na naganę każdego rozumnego człowieka.
Dyliżans z panem Dżaggersem nadjechał tymczasem; zająłem miejsce i dotarłem do Londynu, zaraz wysłałem Józefowi beczułkę ostryg i sztokfisza (jako wynagrodzenie za to, żem nie był u niego), potem poszedłem do Bernarda.
Herbert siedział przy obiedzie, składającym się z zimnej wędliny i bardzo ucieszył się z mego powrotu. Poczułem potrzebę wyznania tajemnicy swego serca przyjacielowi i towarzyszowi. Wyprawiłem grooma do teatru, ponieważ nie można było myśleć o szczerości, póki Peper był z nami.
Po obiedzie usiedliśmy przy kominku.
— Kochany Herbercie! mam ci powiedzieć coś ważnego.
— Drogi Hendlu, okażę się godnym twego zaufania.
— Opowiem ci o sobie i jeszcze o kimś innym.
Herbert, założywszy nogi, patrzył w ogień, a widząc, że milczę przez chwilę, pytająco spojrzał na mnie.
— Herbercie, kocham... ubóstwiam... Estellę.
Zamiast się zdziwić, z zimna krwią odpowiedział:
— Dobrze! Więc?
— Dobrze? Więc? Czy to wszystko, co na to powiesz?
— Chcę spytać, cóż więcej? — odrzekł Herbert. — To już wiem i tak.
— Skądże wiesz?
— Skądże wiem? Od ciebie się dowiedziałem.
— Nigdy ci tego nie mówiłem.
— Nie mówiłeś mi! Nigdy mi nie mówisz, gdy się strzyżesz a przecież wiem o tem. Zawsze ją ubóstwiałeś, od chwili, gdym cię poznał. Przywiozłeś swą miłość wraz z tłomoczkiem. Opowiadałeś mi o tem cały dzień. Opowiadając swą historyę, od razu powiedziałeś, że od pierwszego spotkania zacząłeś ją ubóstwiać, jeszcze jako mały chłopiec.
— No dobrze — odrzekłem, słysząc to po raz pierwszy i nie bez zadowolenia — nigdy nie przestałem jej ubóstwiać. Teraz wróciła jeszcze piękniejsza i bardziej zachwycająca, niż wówczas. I jeśli poprzednio ją ubóstwiałem, teraz ubóstwiam ją dwa razy więcej.
— Szczęśliwym jesteś Hendlu, że ci ją przeznaczają. Nie dotykając zakazanych pytań, możemy stwierdzić, że wcale nie mamy co do tego wątpliwości. A nie wiesz, co myśli Estella o twych uczuciach?
Smutno wstrząsnąłem głową.
— Nie myśli o mnie.
— Wytrzymaj, drogi Hendlu, czasu dosyć. Ale cóż chcesz jeszcze powiedzieć.
— Wstyd mi się przyznać, a jednak mowa nie jest większym grzechem, niż myślenie. Uważasz mnie za szczęśliwego. Naturalnie jestem szczęśliwy. Wczoraj byłem jeszcze chłopcem u kowala a dziś... no, jakżeby się nazwać?
— Nazwij się dobrym chłopcem, jeśli chcesz koniecznie się czemś nazwać. Dobrym chłopcem, w którym dziwnie łączy się śmiałość z niezdecydowaniem; porywczość z oględnością; pragnienie działania z lenistwem.
Zatrzymałem się na chwilę, aby pomyśleć, czy rzeczywiście charakter mój składa się z takiej, mieszaniny uczuć. Wogóle uznałem tę analizę za słuszną.
— Kiedy pytałem się, jak mam się teraz nazwać, Herbercie, myślałem o tem, co obecnie zajmuje me myśli. Mówisz: żem szczęśliwy. Wiem, że sam nic nie uczyniłem, by się wznieść w świecie: wszystko to dzieło szczęścia. Dlatego widocznie, żem dziecko szczęścia. Ale gdy myślę o Estelli....
— A kiedyż ty o niej nie myślisz? — przerwał mi Herbert, nie spuszczając ze mnie oczu.
— Tak, drogi Herbercie, nie mogę wyrazić, jak czuję się zależnym od setki wypadków. Nie dotykając zakazanych pytań, mogę jednakże przyznać, że wszystkie me nadzieje osnute na stałości jednej osoby. Jakieś niepojęte położenie, ledwie mglisto prześwitujące i w niem leżą me nadzieje!
Wyznanie to zdjęło — mi ciężar z duszy, dawno już mnie gniotący, szczególnie zaś od wczorajszego wieczoru.
— Hendlu — odrzekł Herbert swym zwykłym, wesołym głosem — zdaje mi się, że z rozpaczy, spowodowanej gorącą miłością, patrzymy w zęby darowanemu koniowi i to jeszcze przez mikroskop. Jeśli jednak zwrócimy uwagę na jeden punkt, dostrzeżemy na pewno lepszych stron darowanego konia. Mówiłeś przecież, że Dżaggers od początku twierdził, że czekają cię nie same tylko nadzieje. A choćby tego nie powiedział, to czyż myślisz, że Dżaggers należy do tych, którzy zabierają się do dzieła, nie będąc przekonanymi o powodzeniu tegoż?
Przyznałem, że trudno coś tym słowom zarzucić, ale niechętnie. Pragnąłem zaprzeczyć.
— Sądzę, że to ważny punkt i przypuszczam, że dobrze musiałbyś się namyślić, by wynaleźć coś ważniejszego. Co do reszty, musisz poczekać, aż opiekun twój zechce ci odkryć tajemnicę; on zaś musi czekać z tem na swego klienta. Zapewne zostaniesz pełnoletnim, zanim poznasz tajemnicę swego niepewnego położenia, wówczas dopiero może ją odkryją. W każdymi razie będziesz bliższym spełnienia swych nadziei, bo przecież wreszcie muszą się spełnić.
— Jaki ty masz szczęśliwy charakter! Nigdy nie tracisz humoru — zauważyłem, zachwycając się jego wesołem usposobieniem.
— Niezawodnie! ja przecież także mam tylko nadzieje i nic więcej. Jednakże powinieneś wiedzieć, że wszystko, co mówię, jest osobistem przekonaniem mego ojca. Właściwa uwaga, jaką kiedyś od niego słyszałem; była taka: — „Sprawa musi być pewną, inaczej Dżaggers nie wziąłby się do niej“. Teraz zaś, zanim dalej mówić będziemy o ojcu lub o synu i zanim będę mógł ci odpłacić otwartością za otwartość, chcę ci powiedzieć coś nieprzyjemnego, — muszę stać się w twych oczach na chwilę przykrym.
— Nie uda ci się to.
— Nie, uda się. Raz, dwa, trzy — no jestem gotów! Hendlu, przyjacielu mój — zaczął gorącym, lecz wesołym głosem — zawsze myślałem, że Estella nie może być stanowczo warunkiem twej przyszłości, jeśli nigdy o tem nie wspominał opiekun. Czy mam słuszność, gdy mówię, że nigdy o niej nie wspominał ani wprost, ani ubocznie? Czyś nigdy naprzykład nie zauważył, aby dobroczyńca twój układał jakieś plany co do twego małżeństwa?
— Nigdy.
— Hendlu, z czystem sumieniem mówię ci to wszystko nie dlatego, że to jeszcze zielone winogrona! Nie będąc związanym z nią żadnymi węzłami, czy możesz ją rzucić? Zapowiedziałem ci już, że będę mówił nieprzyjemności.
Odwróciłem się, bo owładnęło mną uczucie podobne do tego, jakie opanowało minie w dniu pożegnania się z kuźnią, gdym płakał, objąwszy drewniany słup wiorstowy. Obaj chwil kilka milczeliśmy.
— Tak; ale drogi Hendlu, jeśli uczucie to tak głęboko zakorzeniło się w duszy młodzieńczej, takiej romantycznej z natury i ze zbiegu okoliczności, to jest to rzecz poważna. Pomyśl o jej wychowaniu, o pani Chewiszem. Pomyśl o samej Estelli. Nieprawdiaż, nienawidzisz mnie teraz? A jednak może to doprowadzić Bóg wie do czego.
— Sam to rozumiem, Herbercie — rzekłem, nie zwracając do niego głowy — ale cóż mam robić?
— Nie możesz porzucić jej i zapomnieć o niej?
— Nie, niepodobna!
— I nie możesz sprobować?
— Niepodobna!
— No — zawołał, zrywając się z krzesła i otrząsając się, jakby ze snu — no, teraz znów będę serdecznym!
Zaczął chodzić po pokoju, poprawiając firanki, przestawiając krzesła, przeszukując książki, zaglądając do pokoju jadalnego i do puszki na listy, otwierał i zamykał drzwi i wreszcie usiadł na krześle kolo kominka.
— Chciałbym ci powiedzieć parę słów o moim ojcu i o jego synu. Myślę, że nie potrzeba ci mówić tego, boś sam już pewno zauważył, że dom ojca nie odznacza się wielkim porządkiem w gospodarskich sprawach.
— Niema nic bez ale, Herbercie.
— O tak! Zupełnie to samo mówi i stróż i sklepikarz na rogu. Bez żartów Hendlu, jest to sprawa poważna — wiesz o tem tak dobrze, jak ja. Sądzę, że był czas, gdy ojciec jeszcze nie machał na wszystko ręką; ale było to już dawno. Czyś zauważył w naszych stronach dziwną okoliczność, że dzieci nieszczęśliwych małżeństw zawsze pragną jak najprędzej się ożenić.
Było to tak dziwne pytanie, że spytałem „dlaczego?“
— Nie wiem, chciałbym i ja to wiedzieć. Jest to jednakże faktem. Żywym przykładem — moja siostra Karolina, choć umarła w trzydziestym roku życia. Mała Dżenni. idzie śladem siostry. Tak pragnie związać się węzłem małżeńskim, że mimowoli myślisz, iż całe swe krótkie życie spędziła na rozmyślaniach o szczęściu rodzinnem. Maleńki Alik, który chodzi jeszcze w sukience, już postanowił ożenić się z małą dziewczynką Kin. Zdaje mi się, że wszyscy już jesteśmy zaręczeni z wyjątkiem Bebi.
— Toś ty zaręczony?
— Tak, ale to poniekąd tajemnica.
Zapewniłem, że święcie jej dochowam i prosiłem, by podał mi jej szczegóły. Tak rozumnie i z takiem uczuciem mówił o mej słabości, że chciałem się cośkolwiek przekonać o jego własnej sile.
— Czy mogę poznać jej imię?
— Klara!
— I mieszka w Londynie?
— Tak i muszę dodać, że nie odpowiada ona źle zrozumianym rodowym pojęciom mej matki. Ojciec jej był dostawcą towarów na okręty i zdaje się wypełniał obowiązki kasyera.
— A teraz? — spytałem.
— Z powodu starości emerytowany.
— A żyje.......
— Na drugiem piętrze — odrzekł Herbert. (Wcale nie chciałem wiedzieć, gdzie mieszka, tylko z czego żyje). — Nigdy nie widziałem go od chwili poznania Klary; nie wychodzi ze swego mieszkania. Natomiast słyszałem nieustannie. Ze strasznym hałasem odłupuje i piłuje podłogę jakiemś narzędziem.
— Nie spodziewasz się go widzieć.
— O nie, wciąż tego oczekuję, ciągle się boję, by nie spadł nam na głowy. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymają belki podłogi.
Roześmieliśmy się z duszy przy tych słowach. Znów na chwilę spuścił głowę i oznajmił, że gdy tylko zacznie zbierać kapitał, zaraz ożeni się z Klarą. Dodał, jakby dla wyjaśnienia swego przygnębienia: — Nie można, widzisz, żenić się, gdy się tylko przygląda.
Obaj patrzyliśmy uparcie w ogień. Włożywszy ręce w kieszenie myślałem, jaką to trudną rzeczą dla wielu zebrać kapitał. W jednej z kieszeni poczułem jakiś papier, wyjąłem go, rozwinąłem i spostrzegłem afisz, który przyniósł mi Józef o występie znakomitego, prowincyonalnego artysty-amatora.
— Boże miłosierny! — mimowoli zawołałem — to dziś przedstawienie!
Postanowiliśmy iść zaraz do teatru. Jak umiałem, zacząłem pocieszać Herberta możliwymi i niemożliwymi środkami. Oznajmił mi, że jego narzeczona znała mnie już z opowiadań i życzy sobie mnie poznać. Po tych wzajemnych wylewach uścisnęliśmy sobie ręce, pogasili świece, zamknęli drzwi i udali się na debiut pana Uopsela.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.