Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i otrząsając się, jakby ze snu — no, teraz znów będę serdecznym!
Zaczął chodzić po pokoju, poprawiając firanki, przestawiając krzesła, przeszukując książki, zaglądając do pokoju jadalnego i do puszki na listy, otwierał i zamykał drzwi i wreszcie usiadł na krześle kolo kominka.
— Chciałbym ci powiedzieć parę słów o moim ojcu i o jego synu. Myślę, że nie potrzeba ci mówić tego, boś sam już pewno zauważył, że dom ojca nie odznacza się wielkim porządkiem w gospodarskich sprawach.
— Niema nic bez ale, Herbercie.
— O tak! Zupełnie to samo mówi i stróż i sklepikarz na rogu. Bez żartów Hendlu, jest to sprawa poważna — wiesz o tem tak dobrze, jak ja. Sądzę, że był czas, gdy ojciec jeszcze nie machał na wszystko ręką; ale było to już dawno. Czyś zauważył w naszych stronach dziwną okoliczność, że dzieci nieszczęśliwych małżeństw zawsze pragną jak najprędzej się ożenić.
Było to tak dziwne pytanie, że spytałem „dlaczego?“
— Nie wiem, chciałbym i ja to wiedzieć. Jest to jednakże faktem. Żywym przykładem — moja siostra Karolina, choć umarła w trzydziestym roku życia. Mała Dżenni. idzie śladem siostry. Tak pragnie związać się węzłem małżeńskim, że mimowoli myślisz, iż całe swe