Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nigdy.
— Hendlu, z czystem sumieniem mówię ci to wszystko nie dlatego, że to jeszcze zielone winogrona! Nie będąc związanym z nią żadnymi węzłami, czy możesz ją rzucić? Zapowiedziałem ci już, że będę mówił nieprzyjemności.
Odwróciłem się, bo owładnęło mną uczucie podobne do tego, jakie opanowało minie w dniu pożegnania się z kuźnią, gdym płakał, objąwszy drewniany słup wiorstowy. Obaj chwil kilka milczeliśmy.
— Tak; ale drogi Hendlu, jeśli uczucie to tak głęboko zakorzeniło się w duszy młodzieńczej, takiej romantycznej z natury i ze zbiegu okoliczności, to jest to rzecz poważna. Pomyśl o jej wychowaniu, o pani Chewiszem. Pomyśl o samej Estelli. Nieprawdiaż, nienawidzisz mnie teraz? A jednak może to doprowadzić Bóg wie do czego.
— Sam to rozumiem, Herbercie — rzekłem, nie zwracając do niego głowy — ale cóż mam robić?
— Nie moższ porzucić jej i zapomnieć o niej?
— Nie, niepodobna!
— I nie możesz sprobować?
— Niepodobna!
— No — zawołał, zrywając się z krzesła