Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zamiast się zdziwić, z zimna krwią odpowiedział:
— Dobrze! Więc?
— Dobrze? Więc? Czy to wszystko, co na to powiesz?
— Chcę spytać, cóż więcej? — odrzekł Herbert. — To już wiem i tak.
— Skądże wiesz?
— Skądże wiem? Od ciebie się dowiedziałem.
— Nigdy ci tego nie mówiłem.
— Nie mówiłeś mi! Nigdy mi nie mówisz, gdy się strzyżesz a przecież wiem o tem. Zawsze ją ubóstwiałeś, od chwili, gdym cię poznał. Przywiozłeś swą miłość wraz z tłomoczkiem. Opowiadałeś mi o tem cały dzień. Opowiadając swą historyę, od razu powiedziałeś, że od pierwszego spotkania zacząłeś ją ubóstwiać, jeszcze jako mały chłopiec.
— No dobrze — odrzekłem, słysząc to po raz pierwszy i nie bez zadowolenia — nigdy nie przestałem jej ubóstwiać. Teraz wróciła jeszcze piękniejsza i bardziej zachwycająca, niż wówczas. I jeśli poprzednio ja ubóstwiałem, teraz ubóstwiam ją dwa razy więcej.
— Szczęśliwym jesteś Hendlu, że ci ją przeznaczają. Nie dotykając zakazanych pytań, możemy stwierdzić, że wcale nie mamy co do tego wątpliwości. A nie wiesz, co myśli Estella o twych uczuciach?
Smutno wstrząsnąłem głową.