Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie myśli o mnie.
— Wytrzymaj, drogi Hendlu, czasu dosyć. Ale cóż chcesz jeszcze powiedzieć.
— Wstyd mi się przyznać, a jednak mowa nie jest większym grzechem, niż myślenie. Uważasz mnie za szczęśliwego. Naturalnie jestem szczęśliwy. Wczoraj byłem jeszcze chłopcem u kowala a dziś... no, jakżeby się nazwać?
— Nazwij się dobrym chłopcem, jeśli chcesz koniecznie się czemś nazwać. Dobrym chłopcem, w którym dziwnie łączy się śmiałość z niezdecydowaniem; porywczość z oględnością; pragnienie działania z lenistwem.
Zatrzymałem się na chwilę, aby pomyśleć, czy rzeczywiście charakter mój składa się z takiej, mieszaniny uczuć. Wogóle uznałem tę analizę za słuszną.
— Kiedy pytałem się, jak mam się teraz nazwać, Herbercie, myślałem o tem, co obecnie zajmuje me myśli. Mówisz: żem szczęśliwy. Wiem, że sam nic nie uczyniłem, by się wznieść w świecie: wszystko to dzieło szczęścia. Dlatego widocznie, żem dziecko szczęścia. Ale gdy myślę o Estelli....
— A kiedyż ty o niej nie myślisz? — przerwał mi Herbert, nie spuszczając ze mnie oczu.
— Tak, drogi Herbercie, nie mogę wyrazić, jak czuję się zależnym od setki wypadków. Nie dotykając zakazanych pytań, mogę