Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jednakże przyznać, że wszystkie me nadzieje osnute na stałości jednej osoby. Jakieś niepojęte położenie, ledwie mglisto prześwitujące i w niem leżą me nadzieje!
Wyznanie to zdjęło — mi ciężar z duszy, dawno już mnie gniotący, szczególnie zaś od wczorajszego wieczoru.
— Hendlu — odrzekł Herbert swym zwykłym, wesołym głosem — zdaje mi się, że z rozpaczy, spowodowanej gorącą miłością, patrzymy w zęby darowanemu koniowi i to jeszcze przez mikroskop. Jeśli jednak zwrócimy uwagę na jeden punkt, dostrzeżemy na pewno lepszych stron darowanego konia. Mówiłeś przecież, że Dżaggers od początku twierdził, że czekają cię nie same tylko nadzieje. A choćby tego nie powiedział, to czyż myślisz, że Dżaggers należy do tych, którzy zabierają się do dzieła, nie będąc przekonanymi o powodzeniu tegoż?
Przyznałem, że trudno coś tym słowom zarzucić, ale niechętnie. Pragnąłem zaprzeczyć.
— Sądzę, że to ważny punkt i przypuszczam, że dobrze musiałbyś się namyślić, by wynaleźć coś ważniejszego. Co do reszty, musisz poczekać, aż opiekun twój zechce ci odkryć tajemnicę; on zaś musi czekać z tem na swego klienta. Zapewne zostaniesz pełnoletnim, zanim poznasz tajemnicę swego niepewnego