Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział V.

Pewnego pięknego poranku, gdym uczył się z panem Poketem, przyniesiono mi list z poczty; sam adres silnie mię wzruszył, charakteru pisma nie znałem, ale domyśliłem się, czyja ręka go pisała. List nie zaczynał się żadnym wstępem w rodzaju „kochany panie Pip“, „kochany Pip“, czy „kochany panie“; treść zaś była następująca:
„Przyjeżdżam do Londynu pojutrze, o dwunastej, dyliżansem. Było zdaje się postanowionem, że pan mnie spotka na stacyi? W każdym razie pani Chewiszem tak rozporządziła i piszę z jej zlecenia. Łączę od niej ukłony.

Z szacunkiem
Estella.“

Gdyby czas naznaczony nie był tak krótki, napewno zamówiłbym specyalnie w tym celu parę nowych ubrań; musiałem się atoli zadowolić tem, co miałem. Od tej chwili straciłem apetyt i spokój do oznaczonego dnia. Ale i ten dzień nie wrócił mi spokoju, przeciwnie, byłem jeszcze bardziej wzruszony i oczekiwałem dyliżansu przed stacyą pocztową, zanim ruszył z pod „Niebieskiego Dzika“. Na ostatniem bezmyślnem zajęciu straciłem pierwsze półtory godziny swego pięciogodzinnego oczekiwania, gdy niespodziewanie nadszedł Uemnik:
— A! pan Pip! Jak się pan miewa? Co pan tu porabia?
Wyjaśniłem, że czekam na pewną osobę, która ma przyjechać dyliżansem i zapytałem go o zamek i o ojca.
— Dziękuję, mają się doskonale, zwłaszcza ojciec. Świetnie się trzyma. Niedługo minie mu ośmdziesiąt dwa lat i mam zamiar dać z tej okazyi ośmdziesiąt dwa wystrzały, byleby tylko sąsiedzi nie zechcieli oponować i moja armata wytrzymała taką salwę. Zresztą niema co o tem mówić w Londynie. Jak pan myśli, dokąd idę?
— Do kancelaryi — rzekłem, ponieważ szedł w tym kierunku.
— Prawie że; idę do Niuget. Mamy obecnie na porządku dziennym sprawę o kradzież, wyrządzoną na szkodę pewnego bankiera. Właśnie oglądałem miejsce zbrodni, obecnie zaś muszę omówić pewną rzecz z klientem.
— Czy waszem klientem jest złodziej?
— Niechże Bóg broni. Obwiniają go tylko. Tak samo mogliby obwinić pana albo mnie. Rozumie pan, podobnie mogliby i pana obwinić.
— Tylko, że żaden z nas nie jest winnym.
— Tak, tak. Widzę, że pan szybko się oryentuje. Nie chce pan czasem zajrzeć do Niugetu ze mną? Jeśli pan ma wolny czas...
Tyle miałem jeszcze czasu, że choć poprzednio postanowiłem nie spuszczać z oczu dłużej niż na pięć minut stacyi pocztowej, propozycya wydała mi się zupełnie możliwą. Wstąpię tylko dowiedzieć się o chwili przyjazdu. Doszedłem na stacyę i spytałem. Wnet wróciłem do pana Uemnika i zgodziłem się na propozycyę.
Po obejrzeniu więzienia odprowadziłem go do drzwi kancelaryi, potem wróciłem na swe stanowisko przy stacyi pocztowej, mając jeszcze dwie czy trzy godziny czasu. Cały ten czas spędziłem na rozmyślaniach, jak to dziwne, że więzienie i przestępcy wciąż mnie prześladują, że prześladowanie to zaczęło się jeszcze na wsi a potem parę razy się powtórzyło jak stara, niezabliźniona rana; i teraz nie uniknąłem go, gdy nadzieje zaczynały się już ziszczać ze zbliżeniem się Estelli do minie. Wśród takich rozmyślań ujrzałem w wyobraźni jej śliczną, dumną twarzyczkę i z niepokojem porównałem ją z widzianym przed chwilą więziennym obrazem. Z duszy żałowałem, żem spotkał Uemnika i zgodził się na jego propozycyę. W tym dniu mniej niż kiedykolwiek życzyłem sobie, by szła ode mnie woń niugetskiego więzienia. Chodząc tam i z powrotem otrzepywałem proch więzienny z butów i ubrania, wydychałem go z płuc. Tak dalece byłem zajęty swemi myślami, że czas do przyjazdu dyliżansu wydał mi się bardzo krótkim, nie zdążyłem nawet w zupełności uwolnić się od przykrego wrażenia, jakie odniosłem z więzienia, gdym ujrzał jej twarzyczkę w oknie karetki i rękę, którą machała mi na przywitanie.
W tej chwili znowu jakiś nieuchwytny cień przemknął przede mną. Cóż to było?...
W swym podróżnym płaszczu, obszytym futrem, wydawała mi się Estella jeszcze wspanialszą, jeszcze piękniejszą, niż dotychczas. Zachowanie się jej było nadzwyczaj ujmujące; mógłby ktoś pomyśleć, że stara mi się przypodobać. Przypuszczałem, że czyni to pod wpływem pani Chewiszem.
Staliśmy na podwórzu zajazdu i ona wskazywała mi swe rzeczy. Kiedym wszystko zabrał, uświadomiłem sobie — dotychczas o niczem innem, jak o niej nie myślałem — że nie wiem nawet, dokąd jedzie.
— Jadę do Riczmond. Objaśniono mnie, że są dwa Riczmondy, jeden w Serri, drugi w Yorkshirze. Mój leży w Serri. Stąd jest doń dziesięć mil. Najmiesz mi karetę i odwieziesz mnie. Oto moja portmonetka, zapłacisz z niej, co trzeba. Nie, nie, musisz wziąć portmonetkę! Nie my tu decydujemy, musimy postępować według danych instrukcyi. Nie możemy robić tak, jak nam się podoba.
Mówiąc to, podała mi portmonetkę a ja sądziłem, że słowa jej mają jakieś tajemne znaczenie. Wypowiedziała je jednak mimowoli, bez niezadowolenia.
— Po karetę trzeba posłać. Możebyś tu trochę odpoczęła?
— Tak, odpocznę i napiję się herbaty, ale ty musisz się wszystkim zająć.
Podała mi rękę, jakby i to było już postanowione, a ja poleciłem lokajowi, gapiącemu się na dyliżans, jakby od urodzenia czegoś podobnego nie widział, aby zaprowadził nas do oddzielnego pokoju. Usłyszawszy zlecenie, zakręcił się, schwycił jakąś serwetkę, jakby była magicznym kluczem, bez którego nie mógł znaleźć drogi na górę i zaprowadził nas do najciemniejszej i najbrudniejszej komórki w całym domu. Pokój ten był ozdobiony pomniejszającem lustrem. Kiedym zaoponował przeciw pomieszczeniu nas w podobnej komórce, wprowadził nas do większego pokoju, na trzydzieści osób. Na kracie kominka, na kupce popiołu walała się zmięta zapisana kartka, wydarta z zeszytu. Popatrzywszy na te zwęglone resztki, pokiwał głową i zapytał „co rozkażę“, a odebrawszy odpowiedź: „szklankę herbaty dla pani“, zdziwił się.
Zdawało mi się wówczas, a i obecnie zdaje mi się, sądząc ze zmieszanego zapachu bulionu i stajni, że hodowla koni nie była zbyt porządnie prowadzona i że przedsiębiorczy gospodarz zużytkowywał swe konie na bulion. Mimo to jednak pokój ten byt dla mnie najwspanialszym w świecie, bo w nim była Estella. Zdawało mi się, że z nią mógłbym w największem szczęściu przeżyć tu wiek cały.
— Do kogo jedziesz do Riczmondu?
— Do pewnej damy, która ma mnie wprowadzić do towarzystwa i poznajomić z paroma damami, jednem słowem da mi możność rozejrzenia się w świecie.
— Naturalnie będziesz rada, widzieć nowe miejsca, nowych ludzi i mieć nowych wielbicieli.
— Oczywiście.
Odpowiedziała tak obojętnie, że zauważyłem:
— Mówisz o sobie, jakby o kimś obcym.
— Skądże wiesz, jak mówię o obcych? — spytała — ślicznie uśmiechając się. — Nie ty mnie masz uczyć; mówię, jak mi się podoba. Jakże ci się powodzi u pana Poketa?
— Nadzwyczaj wesoło, doskonale...
— Doskonale?
— Tak wesoło, jak tylko może być bez ciebie.
— Ach, nierozsądny chłopcze. Dlaczego pleciesz takie głupstwa? Zdaje mi się, że twój pan Mateusz jest najlepszym z całej swej rodziny.
— Naturalnie, nie jest niczyim nieprzyjacielem...
— Poczekaj, poczekaj, niczyim prócz samego siebie; nienawidzę ludzi tego rodzaju. Ale mówią, że jest rzeczywiście bardzo bezinteresowny i nie poniża się do drobnej zawiści i nieprzyjaźni. Tak słyszałem.
— Mam dość dowodów na potwierdzenie twych słów.
— Myślę, że nie możnaby tego powiedzieć o reszcie. Tak dokuczają pani Chewiszem różnemi doniesieniami na ciebie. Śledzą każdy twój krok, przesadzają, piszą listy (często anonimowe); jednem słowem jesteś przyczyną ich męczarni i jedynem zajęciem ich życia. Nie możesz sobie wyobrazić, jak ci ludzie cię nienawidzą.
— Mam nadzieję jednak, że nie mogą mi tem zaszkodzić?
Zamiast odpowiedzi Estella zaniosła się śmiechem. Bardzo mnie to zdziwiło i patrzyłem na nią, nic nie rozumiejąc. Kiedy przestała się śmiać, a śmiała się z całej duszy, spytałem nieśmiało:
— Myślę, że nie cieszyłabyś się, jeśliby mogli wyrządzić mi jakąś przykrość.
— O nie, nie, możesz być pewnym, że śmieję się dlatego, bo wszystkie ich starania nie odnoszą skutku. Och, ci ludzie, jakże oni walczą i męczą się.
Znów roześmiała się, lecz i teraz, gdym znał przyczynę jej śmiechu, wciąż stanowił on dla mnie zagadkę; nie mogłem wątpić o jego szczerości a z drugiej strony nic w tem nie widziałem śmiesznego, podejrzewałem więc, że pod tem coś się ukrywa; zdaje się, że odgadła mą myśl i odpowiedziała na nią.
— Nie możesz sobie wyobrazić, jak jestem rada; że ci ludzie się oszukują. Nie wyrosłeś w tym dziwnym domu, ja zaś wyrosłam. Nie przeszedłeś tej szkoły ciągłych, nędznych intryg, ukrywających się pod pozorem współczucia, ubolewania i innych rzekomo czułych uczuć, ja zaś przeszłam. Nie wiesz, co to znaczy w dziecinnych latach z dnia na dzień coraz bardziej przekonywać się o głupocie otoczenia, ja zaś wiem.
Teraz Estella nie była skłonną do śmiechu; wspomnienia te nasunęły się jej z wielką siłą. Za nic w świecie nie chciałbym stać się celem jej gniewnych spojrzeń.
— Mogę ci oznajmić tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, mimo przysłowie, że kropla za kroplą skałę wydrąży, możesz być pewnym, iż ci ludzie nigdy, przez setki lat nie zdołaliby cię oczernić w oczach pani Chewiszem. Powtóre przyznam ci, że z mego powodu oni też intrygują i robią tyle podłości, możemy więc sobie podać ręce.
I żartobliwie podała mi rękę. Jej ponure usposobienie już minęło. Schwyciłem podaną rękę i podniosłem do ust.
— Śmieszny chłopiec. Widocznie nic cię nie doprowadzi do równowagi! Czy może całujesz mą rękę z tem samem uczuciem, z jakiem ja niegdyś dałam ci się pocałować w twarz?
— Jakież to było uczucie?
— Poczekaj, niech sobie przypomnę... było to uczucie wstrętu do wszystkich pochlebców i chciwców.
— A jeśli powiem, że tak, to czy pozwolisz mi pocałować się jeszcze raz w twarz?
— Trzeba było poprosić, zanim ucałowałeś mą rękę. Ale owszem, jeśli chcesz, to możesz i teraz.
Pochyliłem się ku niej, twarz jej była spokojna, jak twarz posągu.
— No — rzekła Estella, odsuwając się, kiedym chciał ją pocałować. — Przecież miałeś się zająć, by mi dano herbatę, a potem odwieźć mnie do Riczmondu.
Ten nieoczekiwany zwrot w rozmowie, przypominający mi, że nasze stosunki były siłą wymuszone, że byliśmy niczem innem jak maryonetkami w rękach obcych, bardzo mnie rozgoryczył.
Jakiekolwiek byłoby jej zachowanie się ze mną, nie mogłem jej odkryć serca, nie mogłem mieć nadziei co do niej, mimo to szedłem naprzekór nadziejom. Pocóż jednak powtarzać jedno i to samo tysiące razy! Tak zawsze było ze mną.
Zadzwoniłem i zażądałem herbaty. Lokaj pojawił się ze swą czarodziejską serwetką, przynosząc jeden za drugim pięćdziesiąt różnych przyrządów i naczyń, potrzebnych do herbaty, ale o samej herbacie nawet mowy nie było. Była tu tacka, naczynia, talerzyki, noże, widelce, łyżeczki (różnych gatunków), solniczki, mała, prosta podstawka z grzankami pod wielkiem, drucianem nakryciem, kawałek deserowego masła na kupce pietruszki, bułka z przypaloną skórką, posypaną cukrem i czemś tam jeszcze, a wreszcie pękaty, familijny samowar, wniesiony przez kelnera z wielkim wysiłkiem. Przyniósłszy to wszystko, znowu gdzieś przepadł i po długiej nieobecności wrócił jakby z jakimś drogocennym koszyczkiem, zawierającym suszone listki a raczej całe gałązki. Wrzuciłem trochę tego ziela do gorącej wody i wreszcie zdołałem wystarać się dla Estelli o szklankę, doprawdy, sam nie wiem czego.
Zapłaciłem rachunek, nie zapominając o kelnerze, portyerze i pokojówce, jednem słowem przekupiwszy cały dom i znacznie zmniejszywszy zawartość portmonetki, siedliśmy do karety i pojechali. Minęliśmy Czypsajd i Niugestką ulicę, wkrótce byliśmy przy tych murach, których się tak wstydziłem.
— Co to za mury?
Z początku udałem, żem nie zauważył pytania, potem jednak odpowiedziałem. Gdy spojrzawszy na ten budynek, odwróciła się i rzekła — „nieszczęśliwi!“ — za nic w świecie nie przyznałbym, się, że w nim byłem.
— Mówią, że pan Dżaggers lepiej od innych zna tajemnice tego strasznego miejsca — rzekłem, chcąc zwalić winę na kogoś innego.
— Myślę, że zna tajemnice wszystkich na świecie, — cicho powtórzyła Estella.
— Często widujesz go?
— Przywykłam go widywać co pewien czas, odkąd zapamiętam. Teraz jednak nie znam go lepiej, niż wówczas, gdym się uczyła mówić. Jakie są twoje z nim stosunki?
— Przywykłem do jego wiecznej nieufności i zupełnie się z nim zżyłem.
— I dobrze z nim się zapoznałeś?
— Jadłem obiad, we własnym jego domu.
— Myślę, że ciekawe to miejsce, — rzekła z wyrazem obrzydzenia.
— Rzeczywiście bardzo ciekawe.
Nie mógłbym z nią prawdopodobnie zbyt „wiele rozmawiać o swym opiekunie, ale napewno opowiedziałbym jej o obiedzie na Gierard-strit, gdyby nagle nie oślepił nas blask. Żywo przypomniał mi on te uczucia, które niegdyś wzbudził we mnie i przez chwilę byłem porażony, jakby iskrą błyskawicy.
Przeszliśmy na inną rozmowę, mówiliśmy głównie o miejscach, przez któreśmy przejeżdżali; o tem, jakie części Londynu leżą na prawo, jakie na lewo. Miasto było prawie obce Estelli, bo bezustannie znajdowała się przy pani Chewiszem do czasu swej podróży, a wówczas przejeżdżała Londyn tylko dwa razy. Spytałem, czy opieka nad nią nie jest zlecona panu Dżaggersowi, dopóki tu będzie, ale z żywością zawołała: Boże uchowaj!
Nie mogłem nie dostrzedz, że starała się pochlebiać mi a potem ukorzyć me serce, co napewnoby się jej udało, choćby było nawet sto razy trudniejszem. Ale nie czułem się szczęśliwym; bo gdyby nawet nie wspominała, że jesteśmy odi siebie zależni, widziałem, że opanowała me serce, bo jej się tak podobało; nie miała tak delikatnej natury, któraby dała pewność, że nigdy nie złamie i nie porzuci mego serca.
Gdyśmy przejeżdżali przez Hammersmit, pokazałem, jej dom pana Poketa i wyraziłem nadzieję, że ponieważ niedaleko jest stąd do Riczmondu będę miał prawdopodobnie sposobność widywania jej.
— Oczywiście, będziemy się widywali; pisano już im zapewne o tobie.
Spytałem, czy to liczna rodzina.
— Nie, dwie osoby: matka i córka. Matka zajmuje wybitnie stanowisko w towarzystwie, ale zdaje mi się, że chętnie powiększy swe dochody.
— Dziwię się, że pani Chewiszem mogła tak szybko znowu się z tobą rozłączyć?
— To wchodzi w jej plany, Pipie — rzekła wzdychając, jakby ze znużenia. — Mam do niej wciąż pisywać i co pewien czas zajeżdżać. Wciąż mam jej donosić o sobie i o brylantach, bo obecnie są one moją własnością.
Po raz pierwszy nazwała mnie po imieniu. Zapewne uczyniła to umyślnie, bo wiedziała, że ocenię taką poufałość.
Przybyliśmy do Riczmond zbyt prędko, jak mi się zdawało. Miejscem przeznaczenia był stary dom, w którym niegdyś panowały suknie á la Watteau, puder, wyszywane kaftany, mankiety, peruki i szpady. Parę starych drzew przed domem obcięto w urzędowe i nienormalne kształty, jak bufy i peruki, ale i one niewiele różniły się od zmarłych, niegdyś mieszkających w tym domu i im widocznie było sądzone wkrótce pójść za panami.
Ochrypły stary dzwoneczek poważnie naruszył ciszę księżycowej nocy, i dwie młode rumiane dziewczyny wybiegły naprzeciw Estelli. Wkrótce wszystkie jej tłomoczki i kuferki znikły za drzwiami sieni; podała mi rękę, uśmiechnęła się i życząc dobrej nocy, również skryła się za drzwiami. Kilka minut stałem, rozmyślając, jakżebym był szczęśliwym, gdybym mieszkał w tym domu wraz z nią, choć wiedziałem, że nigdy nie będę szczęśliwym w jej obecności.
Z rozbitem sercem siadłem do karety, aby wrócić do Hammersmit. Przy naszym domu spotkałem małą Dżen Poket, wracającą z jakiegoś wieczorku dla dzieci w towarzystwie swego wybranego. Zazdrościłem temu dziecku, mimo, że było ono pod dozorem Flopson.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.