Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zadzwoniłem i zażądałem herbaty. Lokaj pojawił się ze swą czarodziejską serwetką, przynosząc jeden za drugim pięćdziesiąt różnych przyrządów i naczyń, potrzebnych do herbaty, ale o samej herbacie nawet mowy nie było. Była tu tacka, naczynia, talerzyki, noże, widelce, łyżeczki (różnych gatunków), solniczki, mała, prosta podstawka z grzankami pod wielkiem, drucianem nakryciem, kawałek deserowego masła na kupce pietruszki, bułka z przypaloną skórką, posypaną cukrem i czemś tam jeszcze, a wreszcie pękaty, familijny samowar, wniesiony przez kelnera z wielkim wysiłkiem. Przyniósłszy to wszystko, znowu gdzieś przepadł i po długiej nieobecności wrócił jakby z jakimś drogocennym koszyczkiem, zawierającym suszone listki a raczej całe gałązki. Wrzuciłem trochę tego ziela do gorącej wody i wreszcie zdołałem wystarać się dla Estelli o szklankę, doprawdy, sam nie wiem czego.
Zapłaciłem rachunek, nie zapominając o kelnerze, portyerze i pokojówce, jednem słowem przekupiwszy cały dom i znacznie zmniejszywszy zawartość portmonetki, siedliśmy do karety i pojechali. Minęliśmy Czypsajd i Niugestką ulicę, wkrótce byliśmy przy tych murach, których się tak wstydziłem.
— Co to za mury?
Z początku udałem, żem nie zauważył py-