Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tania, potem jednak odpowiedziałem. Gdy spojrzawszy na ten budynek, odwróciła się i rzekła — „nieszczęśliwi!“ — za nic w świecie nie przyznałbym, się, że w nim byłem.
— Mówią, że pan Dżaggers lepiej od innych zna tajemnice tego strasznego miejsca — rzekłem, chcąc zwalić winę na kogoś innego.
— Myślę, że zna tajemnice wszystkich na świecie, — cicho powtórzyła Estella.
— Często widujesz go?
— Przywykłam go widywać co pewien czas, odkąd zapamiętam. Teraz jednak nie znam go lepiej, niż wówczas, gdym się uczyła mówić. Jakie są twoje z nim stosunki?
— Przywykłem do jego wiecznej nieufności i zupełnie się z nim zżyłem.
— I dobrze z nim się zapoznałeś?
— Jadłem obiad, we własnym jego domu.
— Myślę, że ciekawe to miejsce, — rzekła z wyrazem obrzydzenia.
— Rzeczywiście bardzo ciekawe.
Nie mógłbym z nią prawdopodobnie zbyt „wiele rozmawiać o swym opiekunie, ale napewno opowiedziałbym jej o obiedzie na Gierard-strit, gdyby nagle nie oślepił nas blask. Żywo przypomniał mi on te uczucia, które niegdyś wzbudził we mnie i przez chwilę byłem porażony, jakby iskrą błyskawicy.
Przeszliśmy na inną rozmowę, mówiliśmy głównie o miejscach, przez któreśmy przejeż-