Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Śmieszny chłopiec. Widocznie nic cię nie doprowadzi do równowagi! Czy może całujesz mą rękę z tem samem uczuciem, z jakiem ja niegdyś dałam ci się pocałować w twarz?
— Jakież to było uczucie?
— Poczekaj, niech sobie przypomnę... było to uczucie wstrętu do wszystkich pochlebców i chciwców.
— A jeśli powiem, że tak, to czy pozwolisz mi pocałować się jeszcze raz w twarz?
— Trzeba było poprosić, zanim ucałowałeś mą rękę. Ale owszem, jeśli chcesz, to możesz i teraz.
Pochyliłem się ku niej, twarz jej była spokojna, jak twarz posągu.
— No — rzekła Estella, odsuwając się, kiedym chciał ją pocałować. — Przecież miałeś się zająć, by mi dano herbatę, a potem odwieźć mnie do Riczmondu.
Ten nieoczekiwany zwrot w rozmowie, przypominający mi, że nasze stosunki były siłą wymuszone, że byliśmy niczem innem jak maryonetkami w rękach obcych, bardzo mnie rozgoryczył.
Jakiekolwiek byłoby jej zachowanie się ze mną, nie mogłem jej odkryć serca, nie mogłem mieć nadziei co do niej, mimo to szedłem naprzekór nadziejom. Pocóż jednak powtarzać jedno i to samo tysiące razy! Tak zawsze było ze mną.