Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dla mnie zagadkę; nie mogłem wątpić o jego szczerości a z drugiej strony nic w tem nie widziałem śmiesznego, podejrzewałem więc, że pod tem coś się ukrywa; zdaje się, że odgadła mą myśl i odpowiedziała na nią.
— Nie możesz sobie wyobrazić, jak jestem rada; że ci ludzie się oszukują. Nie wyrosłeś w tym dziwnym domu, ja zaś wyrosłam. Nie przeszedłeś tej szkoły ciągłych, nędznych intryg, ukrywających się pod pozorem współczucia, ubolewania i innych rzekomo czułych uczuć, ja zaś przeszłam. Nie wiesz, co to znaczy w dziecinnych latach z dnia na dzień coraz bardziej przekonywać się o głupocie otoczenia, ja zaś wiem.
Teraz Estella nie była skłonną do śmiechu; wspomnienia te nasunęły się jej z wielką siłą. Za nic w świecie nie chciałbym stać się celem jej gniewnych spojrzeń.
— Mogę ci oznajmić tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, mimo przysłowie, że kropla za kroplą skałę wydrąży, możesz być pewnym, iż ci ludzie nigdy, przez setki lat nie zdołaliby cię oczernić w oczach pani Chewiszem. Powtóre przyznam ci, że z mego powodu oni też intrygują i robią tyle podłości, możemy więc sobie podać ręce.
I żartobliwie podała mi rękę. Jej ponure usposobienie już minęło. Schwyciłem podaną rękę i podniosłem do ust.