Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poczekaj, poczekaj, niczyim prócz samego siebie; nienawidzę ludzi tego rodzaju. Ale mówią, że jest rzeczywiście bardzo bezinteresowny i nie poniża się do drobnej zawiści i nieprzyjaźni. Tak słyszałem.
— Mam dość dowodów na potwierdzenie twych słów.
— Myślę, że nie możnaby tego powiedzieć o reszcie. Tak dokuczają pani Chewiszem różnemi doniesieniami na ciebie. Śledzą każdy twój krok, przesadzają, piszą listy (często anonimowe); jednem słowem jesteś przyczyną ich męczarni i jedynem zajęciem ich życia. Nie możesz sobie wyobrazić, jak ci ludzie cię nienawidzą.
— Mam nadzieję jednak, że nie mogą mi tem zaszkodzić?
Zamiast odpowiedzi Estella zaniosła się śmiechem. Bardzo mnie to zdziwiło i patrzyłem na nią, nic nie rozumiejąc. Kiedy przestała się śmiać, a śmiała się z całej duszy, spytałem nieśmiało:
— Myślę, że nie cieszyłabyś się, jeśliby mogli wyrządzić mi jakąś przykrość.
— O nie, nie, możesz być pewnym, że śmieję się dlatego, bo wszystkie ich starania nie odnoszą skutku. Och, ci ludzie, jakże oni walczą i męczą się.
Znów roześmiała się, lecz i teraz, gdym znał przyczynę jej śmiechu, wciąż stanowił on