Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przednio postanowiłem nie spuszczać z oczu dłużej niż na pięć minut stacyi pocztowej, propozycya wydała mi się zupełnie możliwą. Wstąpię tylko dowiedzieć się o chwili przyjazdu. Doszedłem na stacyę i spytałem. Wnet wróciłem do pana Uemnika i zgodziłem się na propozycyę.
Po obejrzeniu więzienia odprowadziłem go do drzwi kancelaryi, potem wróciłem na swe stanowisko przy stacyi pocztowej, mając jeszcze dwie czy trzy godziny czasu. Cały ten czas spędziłem na rozmyślaniach, jak to dziwne, że więzienie i przestępcy wciąż mnie prześladują, że prześladowanie to zaczęło się jeszcze na wsi a potem parę razy się powtórzyło jak stara, niezabliźniona rana; i teraz nie uniknąłem go, gdy nadzieje zaczynały się już ziszczać ze zbliżeniem się Estelli do minie. Wśród takich rozmyślań ujrzałem w wyobraźni jej śliczną, dumną twarzyczkę i z niepokojem porównałem ją z widzianym przed chwilą więziennym obrazem. Z duszy żałowałem, żem spotkał Uemnika i zgodził się na jego propozycyę. W tym dniu mniej niż kiedykolwiek życzyłem sobie, by szła ode mnie woń niugetskiego więzienia. Chodząc tam i z powrotem otrzepywałem proch więzienny z butów i ubrania, wydychałem go z płuc. Tak dalece byłem zajęty swemi myślami, że czas do przyjazdu dyliżansu wydał mi się bardzo krótkim,