Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— A! pan Pip! Jak się pan miewa? Co pan tu porabia?
Wyjaśniłem, że czekam na pewną osobę, która ma przyjechać dyliżansem i zapytałem go o zamek i o ojca.
— Dziękuję, mają się doskonale, zwłaszcza ojciec. Świetnie się trzyma. Niedługo minie mu ośmdziesiąt dwa lat i mam zamiar dać z tej okazyi ośmdziesiąt dwa wystrzały, byleby tylko sąsiedzi nie zechcieli oponować i moja armata wytrzymała taką salwę. Zresztą niema co o tem mówić w Londynie. Jak pan myśli, dokąd idę?
— Do kancelaryi — rzekłem, ponieważ szedł w tym kierunku.
— Prawie że; idę do Niuget. Mamy obecnie na porządku dziennym sprawę o kradzież, wyrządzoną na szkodę pewnego bankiera. Właśnie oglądałem miejsce zbrodni, obecnie zaś muszę omówić pewną rzecz z klientem.
— Czy waszem klientem jest złodziej?
— Niechże Bóg broni. Obwiniają go tylko. Tak samo mogliby obwinić pana albo mnie. Rozumie pan, podobnie mogliby i pana obwinić.
— Tylko, że żaden z nas nie jest winnym.
— Tak, tak. Widzę, że pan szybko się oryentuje. Nie chce pan czasem zajrzeć do Niugetu ze mną? Jeśli pan ma wolny czas...
Tyle miałem jeszcze czasu, że choć po-