Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie zdążyłem nawet w zupełności uwolnić się od przykrego wrażenia, jakie odniosłem z więzienia, gdym ujrzał jej twarzyczkę w oknie karetki i rękę, którą machała mi na przywitanie.
W tej chwili znowu jakiś nieuchwytny cień przemknął przede mną. Cóż to było?...
W swym podróżnym płaszczu, obszytym futrem, wydawała mi się Estella jeszcze wspanialszą, jeszcze piękniejszą, niż dotychczas. Zachowanie się jej było nadzwyczaj ujmujące; mógłby ktoś pomyśleć, że stara mi się przypodobać. Przypuszczałem, że czyni to pod wpływem pani Chewiszem.
Staliśmy na podwórzu zajazdu i ona wskazywała mi swe rzeczy. Kiedym wszystko zabrał, uświadomiłem sobie — dotychczas o niczem innem, jak o niej nie myślałem — że nie wiem nawet, dokąd jedzie.
— Jadę do Riczmond. Objaśniono mnie, że są dwa Riczmondy, jeden w Serri, drugi w Yorkshirze. Mój leży w Serri. Stąd jest doń dziesięć mil. Najmiesz mi karetę i odwieziesz mnie. Oto moja portmonetka, zapłacisz z niej, co trzeba. Nie, nie, musisz wziąć portmonetkę! Nie my tu decydujemy, musimy postępować według danych instrukcyi. Nie możemy robić tak, jak nam się podoba.
Mówiąc to, podała mi portmonetkę a ja sądziłem, że słowa jej mają jakieś tajemne zna-