Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czenie. Wypowiedziała je jednak mimowoli, bez niezadowolenia.
— Po karetę trzeba posłać. Możebyś tu trochę odpoczęła?
— Tak, odpocznę i napiję się herbaty, ale ty musisz się wszystkim zająć.
Podała mi rękę, jakby i to było już postanowione, a ja poleciłem lokajowi, gapiącemu się na dyliżans, jakby od urodzenia czegoś podobnego nie widział, aby zaprowadził nas do oddzielnego pokoju. Usłyszawszy zlecenie, zakręcił się, schwycił jakąś serwetkę, jakby była magicznym kluczem, bez którego nie mógł znaleźć drogi na górę i zaprowadził nas do najciemniejszej i najbrudniejszej komórki w całym domu. Pokój ten był ozdobiony pomniejszającem lustrem. Kiedym zaoponował przeciw pomieszczeniu nas w podobnej komórce, wprowadził nas do większego pokoju, na trzydzieści osób. Na kracie kominka, na kupce popiołu walała się zmięta zapisana kartka, wydarta z zeszytu. Popatrzywszy na te zwęglone resztki, pokiwał głową i zapytał „co rozkażę“, a odebrawszy odpowiedź: „szklankę herbaty dla pani“, zdziwił się.
Zdawało mi się wówczas, a i obecnie zdaje mi się, sądząc ze zmieszanego zapachu bulionu i stajni, że hodowla koni nie była zbyt porządnie prowadzona i że przedsiębiorczy gospodarz zużytkowywał swe konie na bulion.