Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dziwię się, że pani Chewiszem mogła tak szybko znowu się z tobą rozłączyć?
— To wchodzi w jej plany, Pipie — rzekła wzdychając, jakby ze znużenia. — Mam do niej wciąż pisywać i co pewien czas zajeżdżać. Wciąż mam jej donosić o sobie i o brylantach, bo obecnie są one moją własnością.
Po raz pierwszy nazwała mnie po imieniu. Zapewne uczyniła to umyślnie, bo wiedziała, że ocenię taką poufałość.
Przybyliśmy do Riczmond zbyt prędko, jak mi się zdawało. Miejscem przeznaczenia był stary dom, w którym niegdyś panowały suknie á la Watteau, puder, wyszywane kaftany, mankiety, peruki i szpady. Parę starych drzew przed domem obcięto w urzędowe i nienormalne kształty, jak bufy i peruki, ale i one niewiele różniły się od zmarłych, niegdyś mieszkających w tym domu i im widocznie było sądzone wkrótce pójść za panami.
Ochrypły stary dzwoneczek poważnie naruszył ciszę księżycowej nocy, i dwie młode rumiane dziewczyny wybiegły naprzeciw Estelli. Wkrótce wszystkie jej tłomoczki i kuferki znikły za drzwiami sieni; podała mi rękę, uśmiechnęła się i życząc dobrej nocy, również skryła się za drzwiami. Kilka minut stałem, rozmyślając, jakżebym był szczęśliwym, gdybym mieszkał w tym domu wraz z nią, choć