Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział II.

Tak więc miałem odwiedzić następnego dnia swą rodzinną stronę. W pierwszym porywie skruchy chciałem stanąć u Józefa, ale po pewnym czasie, gdym zamówił sobie miejsce w dyliżansie i zawiadomiłem pana Poketa, zacząłem szukać tłomaczenia, by nie stawać tam tylko pod „Niebieskim Dzikiem“. Po pierwsze sprawiłbym kłopot Józefowi, bo nie oczekiwano mnie i pościel pewno nie była przygotowana; po drugie z domu naszego było trochę za daleko do pani Chewiszem, a ona właśnie miała do mnie interes. Nie trudno samego siebie oszukać i dlatego z łatwością poddałem się tym fałszywym dowodom. Jednakże to bardzo dziwne. Wziąć przez pomyłkę fałszywą monetę za prawdziwą — rzecz zupełnie zrozumiała; ale cóż rzec o tym, który uważa za prawdziwą fałszywą monetę swego własnego wyrobu? Kuglarz może zręcznie zabrać moje pieniądze i podłożyć na ich miejsce orzechowe skorupy; ale czemże jego zręczność w porównaniu z moją, gdy sam chowam skorupy i zapewniam się, że to pieniądze.
Skorom postanowił zatrzymać się pod „Niebieskim Dzikiem“, zacząłem rozmyślać, czyby nie wziąć ze sobą grooma. Nakłaniała mnie do tego bardzo myśl o efekcie, jaki wywołałyby jego buty na podwórzu „Niebieskiego Dzika“. Z tryumfem myślałem, jakto on wejdzie do sklepu Frebba i oszołomi chłopaka. Ale z drugiej strony, ten sam chłopiec mógł spoufalić się z nim i opowiedzieć mu o mnie, lub wyśmiać go i obrzucić błotem na ulicy. Wszystkiego można się było spodziewać po tak zuchwałem stworzeniu? Mogła też usłyszeć o nim moja dobrodziejka i nie być zadowoloną z takiego postępowania. Słowem, zdecydowałem się jechać sam.
Wziąłem miejsce w wieczornym dyliżansie, a ponieważ była już zima, nie mogliśmy przyjechać na miejsce przed zmierzchem. Dyliżans wyjeżdżał o drugiej godzinie, ja zaś stawiłem się na stacyi dziesięć minut przed odjazdem. Wziąłem ze sobą grooma na stacyę dyliżansów, aby mi pomógł w razie potrzeby, choć, prawdę mówiąc, nigdy mi nie pomagał, jeśli tylko mógł się wykręcić.
W tych czasach był zwyczaj przesyłania skazanych na galery w ogólnych dyliżansach. Często słyszałem o tem i sam widziałem na większych drogach, jak, siedząc na zewnętrznych miejscach, dzwonili łańcuchami i dlatego wcale się nie zdziwiłem, gdy Herbert, spotkawszy mnie, oznajmił, że wraz ze mną jedzie dwóch skazańców. Jak wiadomo, miałem powody, choć już bardzo zastarzałe, mieszania się na ich wspomnienie.
— Przecież ci to wszystko jedno, Hendlu?
— Naturalnie.
— Zdawało mi się, że ci się to bardzo nie podoba.
— Nie mogę powiedzieć, by mi się podobali, bo i ty zapewne niezbyt ich lubisz. Jednak prawie mi to obojętne.
— Patrz, prowadzą ich. Jakie ordynarne i poniżające widowisko!
Wychodzili ze sklepiku i prawdopodobnie dopiero co częstowali swego dozorcę, bo wszyscy trzej obcierali usta rękami. Ręce obu skazańców były skute razem; na nogach mieli znane mi okowy. Dozorca, prowadzący ich miał przy sobie parę pistoletów i pod płaszczem niósł grubą, sękatą pałkę. Jednakże zdawało mi się, że był z nimi w przyjaznych stosunkach. Zatrzymał się na środku podwórza i zaczął się przyglądać, jak zaprzęgają konie. Jeden z więźniów był wyższy i tęższy od drugiego, ale skutkiem jakiegoś zwyczaju, właściwego nietylko skazańcom, ubranie miał węższe i krótsze, niż towarzysz. Ręce jego i nogi wydawały się ogromnemi poduszkami do szpilek, a wogóle dziwny kostyum strasznie koszlawił mu figurę. Od razu poznałem jednak jego przymknięte oczy; był to nieznajomy, który dał mi niegdyś w gospodzie dwa funtowe bilety.
Z przyjemnością spostrzegłem, że mnie nie poznał. Patrzył na mnie z boku, oczy jego zatrzymały się na mym łańcuszku, potem splunął na bok i powiedział coś do przyjaciela. Obaj zaśmiali się, obrócili się, zadźwięczeli łańcuchami i zwrócili uwagę na coś innego. Wielkie numery na plecach, jakby pozdejmowane z domów, ordynarne, nieskładne figury, okowy na nogach, obwiązane ze względu na publiczność chustkami do nosa, wreszcie pogarda, okazywana otoczeniu — wszystko to nadawało im jakiś niemiły, ponury wyraz.
Ale to nie koniec. Okazało się, że siedzenia zewnętrzne były zajęte przez jakąś rodzinę, wracającą z Londynu na prowincyę. I dlatego dla skazańców pozostały tylko przednie miejsca, zaraz za woźnicą. Widząc to krewki obywatel, zajmujący czwarte miejsce z przodu, rozłościł się i krzyczał, że sprzeciwia się przepisom sadzanie go w tak podłem towarzystwie; że to wstrętne, obrzydliwe, bezwstydne itd. itd. Dyliżans był gotów i woźnica już się niecierpliwił. Zaczęliśmy siadać, podeszli do nas i skazańcy z dozorcą; szła od nich woń dziwnej mieszaniny chleba, tytoniu, sznurków i sadzy, zapach właściwy wszystkim skazańcom.
— Niech się pan nie obawia — zwrócił się dozorca do zagniewanego podróżnego — sam siądę obok pana. Ich zaś posadzę z boku. Nie będą pana niepokoili. Niech pan sobie wyobraża, że ich wcale niema.
— I niech pan mnie nie obwinia — zamruczał znajomy mój skazaniec — zupełnie nie pragnę jechać. Gotów jestem pozostać. Jeśli to ode mnie zależy, będę bardzo zadowolony, o ile kto zajmie moje miejsce.
— I ja także — ponuro rzekł drugi więzień — nikogobym nie niepokoił, o ilebym postępował według swej woli.
Potem roześmiali się obaj i zaczęli gryźć orzechy, wypluwając skorupy. Zdaje mi się, że w ich położeniu, będąc przez wszystkich pogardzanym, uczyniłbym to samo.
Wreszcie, gniewny obywatel musiał zdecydować się albo jechać w tem niemiłem towarzystwie, albo pozostać w Londynie. Nic mu nie pozostało innego, jak zająć miejsce. Obok niego usiadł dozorca a dalej więźniowie. Ja zająłem miejsce na koźle, przed samym mym skazańcem, tak, że oddech jego obwiewał mą głowę.
— Żegnaj, Hendlu! — zawołał Herbert, gdy dyliżans ruszył.
Mimowoli pomyślałem: „jakie to szczęście, że nie nazwał mnie Pipem!“
Nie można wyrazić, jak dokładnie wyczuwałem oddech więźnia nie tylko na głowie, ale i wzdłuż pleców. Miał on jakąś jadowitą własność i zdawało mi się, że przenikał do mózgu; zaczynałem już zaciskać zęby. Napróżno starałem się zwrócić się doń bokiem i ramionami chronić głowę przed jego oddechem; usiłowania te mogły tylko przyprawić mnie o skrzywienie kręgosłupa. Pora była bardzo wilgotna i więźniowie przeklinali wciąż zimno. Wszystkich nas ogarnęła jakaś śpiączka i nie dotarliśmy nawet do połowy drogi a już wszyscy zadrzemali, drżąc z zimna. Ja też zasnąłem, rozmyślając, czyby nie dać temu nieszczęśliwemu kilka funtów i jakby to najlepiej uczynić. Ale na koźle spać niewygodnie i ze strachem zbudziłem się, silnie schyliwszy się naprzód, jakbym chciał skoczyć między konie. I znów zacząłem myśleć o swym więźniu.
Prawdopodobnie dłużej spałem, niż myślałem, bo choć niczego nie mogłem rozpoznać w ciemnościach, przy migającem świetle latarni, ale czułem, po wilgoci w powietrzu, że jedziemy wśród moczarów. Więźniowie, chcąc skryć się za memi plecami przed chłodem i wiatrem, zupełnie położyli się na mnie. Nie zdołałem jeszcze przyjść zupełnie do siebie, gdy usłyszałem1 taką rozmowę więźniów:
— Dwa funtowe bilety.
— Skądże je wziął?
— Nie wiem. Widocznie gdzieś ukrywał, albo przyjaciele dali. Chciałbym je mieć teraz.
— Dwa funtowe bilety, czy przyjaciół?
— Naturalnie, że bilety. Za jeden bilet oddałbym wszystkich przyjaciół na świecie i uważałbym to za doskonały interes. No, i cóż więcej?......
— A więc, — ciągnął przerwane opowiadanie więzień — wszystko to stało się w jakieś pół minuty na stosie drzewa masztowego. „Prędko was wypuszczają?“ — spytał. „Tak“ — odpowiedziałem. „Czy nie moglibyście wyszukać chłopca, który mnie nakarmił i nie wydał mej tajemnicy i oddać mu te dwa funtowe bilety“. Obiecałem i spełniłem swą obietnicę.
— No, toś głupi — zamruczał drugi — jabym przepuścił je na jedzenie i wino. Widocznie był to prostak. Przecież ciebie poprzednio nie znał?
— Ani trochę. Nie z jednej byliśmy szajki i z różnych pontonów.
— Ale powiedz naprawdę, czyś tylko w tych stronach był na pontonie.
— Tak.
— No a cóż myślisz o okolicy?
Najgorsze miejsce. Brud, mgła, błoto i praca; praca, błoto, mgła i brud.
Obaj zaczęli obrzucać nasze strony najszkaradniejszemi przezwiskami, ale powoli wyczerpali zapas nagan i mimowoli umilkli.
Wysłuchawszy tej rozmowy napewno byłbym zszedł z karetki i pozostałbym sam na ponurej drodze, gdybym nie był przekonany, że mój znajomy nawet nie podejrzewa mej obecności. I rzeczywiście nie tylko zmieniłem się co do wieku i wzrostu, ale miałem inne ubranie i położenie moje obecnie było inne, tak że nie mógłby absolutnie poznać mnie bez obcej pomocy. Jednakże, jeśli zbieg okoliczności mógł zetknąć nas obu w jednym dyliżansie, to mógł również odkryć me nazwisko. Dlatego postanowiłem zejść, skoro tylko wiedziemy do miasta. Plan ten wykonałem z pospiechem. Mały mój tłomoczek leżał u mnie pod nogami w skrzynce, musiałem tylko odsunąć haczyk, aby go wyjąć. Rzuciłem go na ziemią i sam zeszedłem za nim przy pierwszej latarni miasta.
Co się tyczy więźniów, odbywali dalej drogę w dyliżansie a następnie udali się na pontony. Przypomniałem sobie miejsce, skąd ich powiozą na ponton. W wyobraźni swej już widziałem łódkę, czekającą na nich przy ziemnych stopniach, słyszałem wołanie: — „odbijaj!“
Nie mogłem wyjaśnić sobie, czego się obawiałem, ponieważ uczucie moje było nieokreślone. Owładnął mną jakiś dziwny dreszcz. Idąc do zajazdu, czułem, że czegoś więcej się obawiałem od prostego, choć bardzo nieprzyjemnego poznania mnie przez więźniów. Byłem przekonany, że tem nieokreślonem uczuciem, jakie mnie opanowało, był zmartwychwstały na chwilę strach, prześladujący mnie w dzieciństwie.
Pokój jadalny pod „Niebieskim Dzikiem“ był obecnie pusty i służący mnie nie poznał, póki nie zasiadłem do obiadu. Usprawiedliwiając się ze swego zapomnienia, zaproponował zaraz, że pośle po Pembelczuka.
— Nie, nie potrzeba.
Służący — ten sam, który niegdyś w dniu mego przyjęcia na naukę do Józefa, protestował w imieniu mieszkańców — widocznie bardzo się zdziwił i skorzystał z pierwszej dogodnej sposobności, by podsunąć mi pod rękę zatłuszczoną kartkę miejscowej gazety: „Nasi czytelnicy nie bez zainteresowania dowiedzą się ze względu na niedawne romantyczne uzyskanie wysokiego stanowiska przez jednego młodego artystę żelaznych wyrobów z naszej dzielnicy, że pierwszym patronem, przyjacielem i dobroczyńcą znakomitego młodzieńca, był człowiek, przez wszystkich poważany i zajmujący się interesami na targu zboża i nasion. Jego niezwykle wspaniałe biura i składy znajdują się o sto kroków od głównej ulicy. Z wewnętrznem zadowoleniem oznajmiamy, że on właśnie był mentorem naszego młodego Telemaka, bo bardzo przyjemnie dla nas, że młodzieniec ów przedewszystkiem zawdzięcza swe szczęście obywatelowi naszego miasta“.
Po przeczytaniu mogę przypuszczać, że jeślibym w dniach szczęścia i radości znalazł się przypadkiem na biegunie północnym, zapewne i tam spotkałbym jakiego eskimosa lub kogo innego, coby mi oznajmił, że Pembelczuk był dobrodziejem mym w młodości i twórcą mego szczęścia.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.