Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dzika“. Z tryumfem myślałem, jakto on wejdzie do sklepu Frebba i oszołomi chłopaka. Ale z drugiej strony, ten sam chłopiec mógł spoufalić się z nim i opowiedzieć mu o mnie, lub wyśmiać go i obrzucić błotem na ulicy. Wszystkiego można się było spodziewać po tak zuchwałem stworzeniu? Mogła też usłyszeć o nim moja dobrodziejka i nie być zadowoloną z takiego postępowania. Słowem, zdecydowałem się jechać sam.
Wziąłem miejsce w wieczornym dyliżansie, a ponieważ była już zima, nie mogliśmy przyjechać na miejsce przed zmierzchem. Dyliżans wyjeżdżał o drugiej godzinie, ja zaś stawiłem się na stacyi dziesięć minut przed odjazdem. Wziąłem ze sobą grooma na stacyę dyliżansów, aby mi pomógł w razie potrzeby, choć, prawdę mówiąc, nigdy mi nie pomagał, jeśli tylko mógł się wykręcić.
W tych czasach był zwyczaj przesyłania skazanych na galery w ogólnych dyliżansach. Często słyszałem o tem i sam widziałem na większych drogach, jak, siedząc na zewnętrznych miejscach, dzwonili łańcuchami i dlatego wcale się nie zdziwiłem, gdy Herbert, spotkawszy mnie, oznajmił, że wraz ze mną jedzie dwóch skazańców. Jak wiadomo, miałem powody, choć już bardzo zastarzałe, mieszania się na ich wspomnienie.
— Przecież ci to wszystko jedno, Hendlu?