Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie więzień — wszystko to stało się w jakieś pół minuty na stosie drzewa masztowego. „Prędko was wypuszczają?“ — spytał. „Tak“ — odpowiedziałem. „Czy nie moglibyście wyszukać chłopca, który mnie nakarmił i nie wydał mej tajemnicy i oddać mu te dwa funtowe bilety“. Obiecałem i spełniłem swą obietnicę.
— No, toś głupi — zamruczał drugi — jabym przepuścił je na jedzenie i wino. Widocznie był to prostak. Przecież ciebie poprzednio nie znał?
— Ani trochę. Nie z jednej byliśmy szajki i z różnych pontonów.
— Ale powiedz naprawdę, czyś tylko w tych stronach był na pontonie.
— Tak.
— No a cóż myślisz o okolicy?
Najgorsze miejsce. Brud, mgła, błoto i praca; praca, błoto, mgła i brud.
Obaj zaczęli obrzucać nasze strony najszkaradniejszemi przezwiskami, ale powoli wyczerpali zapas nagan i mimowoli umilkli.
Wysłuchawszy tej rozmowy napewno byłbym zszedł z karetki i pozostałbym sam na ponurej drodze, gdybym nie był przekonany, że mój znajomy nawet nie podejrzewa mej obecności. I rzeczywiście nie tylko zmieniłem się co do wieku i wzrostu, ale miałem inne ubranie i położenie moje obecnie było inne, tak że nie mógłby absolutnie poznać mnie bez ob-