Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i więźniowie przeklinali wciąż zimno. Wszystkich nas ogarnęła jakaś śpiączka i nie dotarliśmy nawet do połowy drogi a już wszyscy zadrzemali, drżąc z zimna. Ja też zasnąłem, rozmyślając, czyby nie dać temu nieszczęśliwemu kilka funtów i jakby to najlepiej uczynić. Ale na koźle spać niewygodnie i ze strachem zbudziłem się, silnie schyliwszy się naprzód, jakbym chciał skoczyć między konie. I znów zacząłem myśleć o swym więźniu.
Prawdopodobnie dłużej spałem, niż myślałem, bo choć niczego nie mogłem rozpoznać w ciemnościach, przy migającem świetle latarni, ale czułem, po wilgoci w powietrzu, że jedziemy wśród moczarów. Więźniowie, chcąc skryć się za memi plecami przed chłodem i wiatrem, zupełnie położyli się na mnie. Nie zdołałem jeszcze przyjść zupełnie do siebie, gdy usłyszałem1 taką rozmowę więźniów:
— Dwa funtowe bilety.
— Skądże je wziął?
— Nie wiem. Widocznie gdzieś ukrywał, albo przyjaciele dali. Chciałbym je mieć teraz.
— Dwa funtowe bilety, czy przyjaciół?
— Naturalnie, że bilety. Za jeden bilet oddałbym wszystkich przyjaciół na świecie i uważałbym to za doskonały interes. No, i cóż więcej?......
— A więc, — ciągnął przerwane opowiada-