Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gnę jechać. Gotów jestem pozostać. Jeśli to ode mnie zależy, będę bardzo zadowolony, o ile kto zajmie moje miejsce.
— I ja także — ponuro rzekł drugi więzień — nikogobym nie niepokoił, o ilebym postępował według swej woli.
Potem roześmiali się obaj i zaczęli gryźć orzechy, wypluwając skorupy. Zdaje mi się, że w ich położeniu, będąc przez wszystkich pogardzanym, uczyniłbym to samo.
Wreszcie, gniewny obywatel musiał zdecydować się albo jechać w tem niemiłem towarzystwie, albo pozostać w Londynie. Nic mu nie pozostało innego, jak zająć miejsce. Obok niego usiadł dozorca a dalej więźniowie. Ja zająłem miejsce na koźle, przed samym mym skazańcem, tak, że oddech jego obwiewał mą głowę.
— Żegnaj, Hendlu! — zawołał Herbert, gdy dyliżans ruszył.
Mimowoli pomyślałem: „jakie to szczęście, że nie nazwał mnie Pipem!“
Nie można wyrazić, jak dokładnie wyczuwałem oddech więźnia nie tylko na głowie, ale i wzdłuż pleców. Miał on jakąś jadowitą własność i zdawało mi się, że przenikał do mózgu; zaczynałem już zaciskać zęby. Napróżno starałem się zwrócić się doń bokiem i ramionami chronić głowę przed jego oddechem; usiłowania te mogły tylko przyprawić mnie o skrzywienie kręgosłupa. Pora była bardzo wilgotna