Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


cej pomocy. Jednakże, jeśli zbieg okoliczności mógł zetknąć nas obu w jednym dyliżansie, to mógł również odkryć me nazwisko. Dlatego postanowiłem zejść, skoro tylko wiedziemy do miasta. Plan ten wykonałem z pospiechem. Mały mój tłomoczek leżał u mnie pod nogami w skrzynce, musiałem tylko odsunąć haczyk, aby go wyjąć. Rzuciłem go na ziemią i sam zeszedłem za nim przy pierwszej latarni miasta.
Co się tyczy więźniów, odbywali dalej drogę w dyliżansie a następnie udali się na pontony. Przypomniałem sobie miejsce, skąd ich powiozą na ponton. W wyobraźni swej już widziałem łódkę, czekającą na nich przy ziemnych stopniach, słyszałem wołanie: — „odbijaj!“
Nie mogłem wyjaśnić sobie, czego się obawiałem, ponieważ uczucie moje było nieokreślone. Owładnął mną jakiś dziwny dreszcz. Idąc do zajazdu, czułem, że czegoś więcej się obawiałem od prostego, choć bardzo nieprzyjemnego poznania mnie przez więźniów. Byłem przekonany, że tem nieokreślonem uczuciem, jakie mnie opanowało, był zmartwychwstały na chwilę strach, prześladujący mnie w dzieciństwie.
Pokój jadalny pod „Niebieskim Dzikiem“ był obecnie pusty i służący mnie nie poznał, póki nie zasiadłem do obiadu. Usprawiedliwia-