Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mnienie brzydkiego pragnienia bogactwa i dżentelmeństwa, które tak prześladowało mnie w młodości i wszystkich tych głupich uczuć, które powodowały we mnie wtedy wstyd domu rodzinnego i Józefa, wszystkich wizyi, które przedstawiały mej wyobraźni jej postać w płomieniach ogniska, przywodziły ją w uderzeniach młota i rysowały w ciemnościach nocy, zaglądającej przez wiejskie okno kuźni; słowem nie mogłem ani w przeszłości, ani obecnie wyrwać myśli o Estelli z najskrytszej głębiny mej duszy.
Postanowiły, że spędzę z niemi wieczór, na noc wrócę do hotelu a do Londynu odjadę jutro zrana. Gdy pani Chewiszem porozmawiała z nami, posłała nas oboje, byśmy pochodzili po ogrodzie. Wróciwszy ze spaceru miałem powozić ją trochę w krześle, jak dawniej.
Wyszliśmy zatem z Estellą przez furtkę, którą wychodziłem w dniu walki z młodym dżentelmenem, obecnie Herbertem. Drżałem cały w duszy i ubóstwiałem nawet kraj jej sukni; ona zaś była zupełnie spokojną i prawdopodobnie niczego we mnie nie ceniła.
Gdyśmy zbliżyli się do miejsca znakomitego zwycięstwa, zatrzymała się i rzekła:
— Byłam widocznie dziwnem, małem stworzeniem, bo skryta śledziłam wasz pojedynek; to widowisko bardzo mnie zabawiło.
— Szczodrze mnie pani nagrodziła.