Szanchaj/Tom II/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor F. Antoni Ossendowski
Tytuł Szanchaj
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
NA NIEZNANYCH FALACH.

Waginowi wypadło zmienić cały swój plan prac przygotowawczych, ustalony z Ti-Fong-Tajem. Wypadki rozwijały się z taką szybkością, że musiał z głową pogrążyć się w sprawy, chociaż serce jego i rozum buntowały się coraz częściej. Nie wiedział jeszcze, czy ma prawo brać udział w zuchwałem, awanturniczem przedsięwzięciu. Nie uspakajały go cyniczne rozumowania, że nikogo sam nie zabija, nie okrada, a więc ma zupełne prawo pracować w każdem przedsiębiorstwie, skoro mu płacą sumiennie. Musi przecież w jakiś sposób istnieć na emigracji i zabezpieczyć się na starość. Nie marzył nigdy, że za swego życia będzie mógł powrócić do ojczyzny. Był zbyt trzeźwy, by budować coś na lodzie i w powietrzu.
— Ojczyzna moja jest teraz tam, gdzie mi jest dobrze — przekonywał siebie, ale ta sakramentalna formuła uświadomionego proletarjatu bynajmniej nie rozproszyła jego wątpliwości.
Tymczasem musiał myśleć i działać od rana do nocy.
W Nankingu zamieszkał u bogatego kupca Lu-Huna, poleconego mu przez Ti-Fong-Taja. Dom kupca stał wpobliżu „Baszty Dzwonów“. Miasto leżało w gruzach. Stan niemal zwykły dla tej starej stolicy. Zburzył ją niegdyś doszczętnie słynny wódz piratów Koksiang, burzyły wojska mandżurskie, wypierając go z miasta; w perzynę obróciły ją wojska rządowe, gdy po długiem oblężeniu dokonały w Nankingu rzezi buntowniczych Tajpingów; ucierpiało to miasto w dobie toczącej się wojny domowej, a rząd odbudowywał je teraz, znosząc całe dzielnice, niszcząc pozostałości „dobrych, starych czasów“, gdy nad stolicą Mingów dumnie strzelała pod obłoki słynna, uwieczniona przez Longfellow‘a porcelanowa pagoda.
Na miejsce starych stawiano nowe gmachy rządowe według projektów amerykańskich — takie obce i zimne na tle krajobrazu doliny Jangtse.
Wagin ze szczytu „Baszty Dzwonów“ obejrzał okolice. Widniały tam łagodne, niewysokie pagórki, okryte roślinnością z mniejszemi i większemi budynkami, tonącemi w zieleni. Dalej, jak okiem sięgnąć ciągnęła się żyzna równina prowincji Kiang-Su — cała w złocie ściernisk, gdyż żniwa jesienne dochodziły już końca. Małe wioski, które sto razy zmiatała burza dziejowa, stały na grobach dawnych mieszkańców i niby przyglądały się w smutnej zadumie i pokorze potężnym grobowcom cesarskiej dynastji Mingów, wymordowanej przez Mandżurów, gdy ci barbarzyńcy północni zagarnęli tron Synów Nieba. Przez równinę, w promieniach słońca, niby stalowe, do białości rozpalone liny lśniły liczne kanały, a wszystkie biegły ku krętemu łożysku Niebieskiej rzeki. Wspaniała, szeroka i wartka jej smuga — to złocista, to szafirowa wiła się, jak wąż, uchodzący w nieogarniętą okiem dal i aż, przeciąwszy całą prowincję, wpadała do Pacyfiku. Obojętny i dumny ocean nie wiedział, że niesie ona ze sobą wodę z niedostępnych, przez bóstwa zamieszkałych wierchów Tybetu i żółte piachy przez Boga wyklętej Gobi.
Wagin, naprędce obiegłszy miasto i rzuciwszy okiem na okolice, rozpoczął narady z rządem. Jak było już przewidziane, nikt nie chciał podpisać żadnej umowy. Przebiegli ministrowie i generałowie udawali nawet zdziwienie i przysięgali, że nic nie słyszeli o kompradorze — dostawcy broni. Dopiero ukazanie poufnych listów rozwiązało im języki. Rząd obawiał się narazić Japończykom i bolszewickim dyplomatom, szpiegującym każdy krok urzędników i wszystko, co się działo w kraju.
Rozmowy z chińskimi dygnitarzami i oficerami sztabowymi wikłały się ciągle i przeciągały. Nikt nie chciał wziąć na siebie inicjatywy i odpowiedzialności. Każdy zasłaniał się kim innym, ten znów, jak twierdził, nie miał upoważnienia do decyzji. I tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień Waginowi zdawało się, że musi w końcu dotrzeć do prezydenta. Dotarł wreszcie po długich staraniach i... nic z tego nie wynikło. Sprawa, leniwie tocząca się aż do samego szczytu drabiny hierarchicznej, wlokła się z taką samą zabójczą powolnością aż na najniższe szczeble biurokracji. Owszem — zapewniano go z stereotypowo uprzejmym uśmiechem — władze chętnie przyjmą broń i amunicję. Potrzebują jej, jak ziemia deszczu. Przedewszystkiem należy uzbroić ludność miejską i wieśniaków w Hupeh, bo podobno wszystko już tam przygotowano do wytępienia komunistów... wszystko za wyjątkiem... broni. Jednak dostawa ma się odbywać na ryzyko czcigodnego Ti-Fong-Taja. Prezydent, ministrowie, sztab i urzędnicy o niczem nic nie wiedzą. Istotnie o niczem nie chcieli wiedzieć, lecz ten i ów z wyższych nawet biurokratów i wojskowych szczegółowo informował się o tem, czy szanchajski komprador zamierza wypłacać urzędnikom premje za szybkie załatwienie spraw, związanych z dostawą broni. O ten przykry i hańbiący szczegół przedsięwzięcia — pozostałość słynnego w Chinach łapownictwa i przekupstwa, — układał się wprawny w tych rzeczach Lu-Hun i, zawdzięczając jego zabiegom, jeden z urzędników oznajmił wreszcie Waginowi, że władze polecą posterunkom granicznym i strażnikom celnym „patrzeć w słońce“, co miało oznaczać, że nie będą widzieć dążących do Hupeh transportów z bronią. Inny znów dygnitarz doradził przewóz ładunków rzeką aż do Ankingu, skąd dalej skrzynie przeniosą tragarze.
— To — niemożliwe! — zawoła! Wagin, posłyszawszy taką radę. — Przenieść 5000 karabinów i pół miljona ładunków?!... Na to potrzeba co najmniej pięciuset tragarzy!
Ministrowie i urzędnicy uśmiechali się pobłażliwie i pogardliwie. Zapewniali cudzoziemca, że może mieć nawet sto tysięcy ludzi. Po zatrzymaniu się statku w Ankingu, stawi się na jego pokładzie zaufana osoba i wszystko ułatwi. Kiedy dżentelmen spodziewa się ładunku? Jak ta sprawa się przedstawia? Jakto? Ładunek broni znajduje się już na statku „Czangsza“, którym dowodzi stary znajomy, kapitan Bojcow? Bardzo dobry marynarz! Zna Jantse-Kiang lepiej od miejscowych rybaków! Wyruszyć jednak do Ankingu można dopiero pojutrze, gdyż goniec nie dotrze wcześniej do „zaufanej osoby“. Piękne ukłony, komplimenty, wszystko płynne, na niczem nie oparte... Interes miljonowy i tak — „na gębę“. Do wściekłości doprowadzało to Wagina, ale niebawem się przyzwyczaił.
W Nankingu, siedząc z szyprem Bojcowym w restauracji wpobliżu stacji kolejowej, rozmawiali po rosyjsku. Bojcow wtajemniczał Wagina w burzliwe dzieje dawnej stolicy i przez okno pokazywał mu różne pagórki — gdzie teraz przyczaiły się forty, broniące miasta.
— Do Nankingu rzeką mogą dopłynąć z oceanu największe nawet pancerniki, bo Jangtse jest dostatecznie głęboka. Ale teraz, gdy powstała tu twierdza — twardy to orzech do zgryzienia. Mocno się obwarował rząd w nowej stolicy, przeniesionej tu z Pekinu!
Ledwie padły te słowa, do stolika ich zbliżył się jakiś cudzoziemiec w półwojskowem, półcywilnem ubraniu i szepnął tajemniczo:
— Rodacy! Mam zaszczyt się przedstawić. Jestem kapitan Teodor Ozierow z konnego korpusu generała barona Ungern-Sternberga.
— Skąd pan tu przybył? Przecież tu dla ungernowskiego oficera nie jest miejsce bezpieczne? Czy pan nie wie, że baron wyrżnął sporo chińskich republikańskich wojsk? — pytał Bojcow.
— Klęska! — jęknął oficer. — Zdrada! W Mongolji od miesiąca kręcili się jacyś ludzie i namawiali niektórych oficerów naszych do buntu. Dużo rzucono na to pieniędzy! Wreszcie baron schwytał kierownika bandy. Okazał się komisarzem bolszewickim — Żydem...
— No, i jakżeż się to skończyło? — niecierpliwie dopytywał się szyper.
— U nas to zawsze się kończy jednakowo, — wzruszył ramionami Ozierow. — Baron kazał powiesić tego Żyda, niejakiego Abrama Chackelesa.
— Abram Chackeles! — wykrzyknął Wagin i z jakiemś nieokreślonem, ale sprawiającem mu ulgę uczuciem pomyślał: — Wreszcie koniec wszystkiemu!...
— Znał go pan? — spytali obaj, ze zdumieniem patrząc na niego.
Sergjusz skinął ręką i odpowiedział:
— Na Syberji przez cały rok tropił mnie... Cudem mu się wymknąłem zagranicę. Więc mówi pan, kapitanie, że skończyliście z tą bandą, a tymczasem przed chwilą słyszeliśmy coś o klęsce barona Ungern-Sternberga. Cóż to za klęska?
Ozierow zapalił fajkę i, marszcząc czoło, powoli wypuszczał dym.
— Po zlikwidowaniu bandy — bunt jednak wybuchnął! — szepnął z rozpaczą w głosie. — Baron został napadnięty przez swoich oficerów, związany i wydany bolszewikom. Czerwone wojska wkroczyły już do Mongolji i ogłosiły ją niezależną od Chin. Natychmiast polała się krew... Komisarze przekupili niektórych lamów, a ci otruli arcykapłana — Żywego Buddę i jego żonę... Biedota morduje książąt, potomków Dżengiza! Nowy rząd, złożony z nieznanych nikomu ludzi, proklamował przyłączenie Mongolji do związku socjalistycznych sowieckich republik. Tymczasem krew się tam leje strumieniami!... Piekło!
Była to niezmiernie ważna wiadomość. Wagin i Bojcow zamyślili się głęboko nad niespodziewaną sytuacją. Komunizm od zachodu stawał na progu Chin. Odwiecznemi drogami karawanowemi mógł już swobodnie sączyć się aż poza wielki mur. Nic nie stało mu na przeszkodzie. Bolszewicy mogli już zaniechać utrudnionych wypadów z Mandżurji, gdzie spotykali sprzeciw władz japońskich. Należało powiadomić o tem niezwłocznie Ti-Fong-Taja i Wali-chana. Kapitan Ozierow, który jechał właśnie do Szanchaju z doniesieniem do generała Siemionowa, podjął się odwiedzić kompradora i poinformować go o wypadkach, zaszłych w Mongolji. W godzinę po tej rozmowie siedział już w pociągu, odchodzącym do Szanchaju.
Wagin, pożegnawszy kapitana, długo przechadzał się po peronie, nie czując silnych podmuchów zimnego wiatru jesiennego. Pochłonęły go różne myśli. Musiał dojść z niemi do ładu. Rzeczywistość jak gdyby przestrzegała go i raz jeszcze zmuszała do namysłu. Gdzieś głęboko odzywało się w nim mgliste jeszcze przeczucie, że to, co się z nim dzieje, musi mieć ważne dla niego znaczenie i że rozważywszy wszystko i zajrzawszy możliwie daleko w przyszłość, znajdzie wreszcie dla swego życia jakieś nie budzące odrazy i wątpliwości łożysko. Nieuświadomione dotychczas wrażenia przez długi czas zawadzały mu w spokojnem i zimnem myśleniu. Przypomniała mu się zupełnie wyraźnie i jakgdyby niepotrzebnie jego wizyta w redakcji pism angielskich w Szanchaju, gdy przyszedł do znajomych dziennikarzy, aby przejrzeć kolumny ofiarowywanych posad. Niby na jawie zobaczył przed sobą drobnemi trzcionkami złożone ogłoszenie o poszukiwaniu amatorów do prowadzenia karawany do Mongolji. Odczuł i teraz to samo zaciekawienie, jak wówczas, kiedy po raz pierwszy rzucił okiem na dość tajemniczy tekst z powołaniem się na skrzynkę pocztową. W tej chwili jednak był przekonany, że autorem ogłoszenia był zapewne Abram Chackeles.
— Przecież udało się staremu nawiązać stosunki z bolszewickimi agentami, bo z ich to ramienia zapewne wybrał się na tę ostatnią w swem życiu wyprawę — rozważał Wagin i nagle twarz mu poweselała i rozjaśniły się oczy.
— Właśnie... właśnie — pomyślał — ostatnia wyprawa Abrama! Ostatnia! Biedny, stary Żyd! Nic mu się w życiu nie udało... Nie doczeka się jego powrotu zgnębiona rozpaczą i stroskana żona... będzie już przez całe życie opłakiwać syna i męża... Biedny Abram!...
Westchnął, lecz uczucie radości, przenikającej całą jego istotę, nie znikło. Owszem — po tem westchnieniu, jakgdyby nawet spotężniało. Wagin jednak nie dziwił się już temu, gdyż uświadomił sobie istotną przyczynę swego nastroju — przyczynę egoistyczną, lecz zrozumiałą i usprawiedliwioną.
— Abram Chackeles nie żyje — sączyła się myśl, ni to dobre wino, łykane powoli dla większej rozkoszy. — Nie żyje!... Z jego śmiercią zamykam raz na zawsze cały okres własnego życia! Gdyby nawet rozmyślił się i chciał mi nadal szkodzić — koniec! Już nie będzie mógł! A przecież obawa przed tą możliwością, odczuwana w pewnych chwilach, nie opuszczała mnie aż do dnia dzisiejszego... Teraz nie czuję już żadnego niepokoju! Na całym świecie niema nikogo, kto chciałby mi szkodzić... Mogę żyć i pracować z całym spokojem! Pomiędzy mną, a przeszłością zerwała się ostatnia nić. Jestem sam — ale zato nie mam wrogów i przyjaciół... Dziwna to rzecz, nieprawdopodobna, że w redakcji wpadło mi do rąk właśnie to drobne ogłoszenie Chackelesa! Jakgdyby ostrzeżenie, czy przepowiednia oczekujących mnie ważnych zmian...
W mózgu ludzkim rodzą się bardzo dziwne nieraz myśli, wywołane zapewne tajemniczym związkiem, istniejącym pomiędzy chwilą obecną, a przeszłością, jakieś przebłyski dawno przeżytych wrażeń, jakieś niezwykle żywe wspomnienia. Wagin, myśląc o „towarzyszu“ Abramie, przypomniał sobie nagle pewne spotkanie z Ludmiłą. Szedł z izolowanego, zamkniętego Czapei, aby szukać sobie pracy, a, ujrzawszy Ludmiłę, natychmiast poczuł już nie samą nadzieję tylko, lecz niezłomną pewność, że uzyska wszystko, do czego dąży. I jeszcze... jedno spotkanie na Bundzie... Te jej naiwne, niezdarne usiłowania, by osłabić w nim przykre wrażenie ich pierwszej rozmowy i ten pierwszy, gorący protest — pozornie obojętny ale jakżeż rozpaczliwy — przeciwko jego wizji zamkniętego szczelnie klasztoru i czarnych, milczących, beznamiętnych mrówek... A ta wysuwająca mu się z ręki, drżąca dłoń dziewczyny w chwili pożegnania?
— Nie mam już wrogów na świecie! — powtórzył Sergjusz i z nagłem ożywieniem dodał: — Ale przyjaciół mam, nowych przyjaciół! Ludmiła, jej matka, wreszcie — Miczurin... Musiał on przecież wyczuć, że głównie dla jego spokoju i szczęścia nie szukałem zbliżenia z Ludmiłą i, po zamieszkaniu na Nanking Road, ani razu nie byłem u Somowych?... Wreszcie doktór Plen... lubi mnie ten ginący dziwak i cieszy się za każdym razem, gdy mnie widzi. Tak — mam już przyjaciół!
Radość, ogarniająca Wagina, przechodziła powoli w spokojny, najlepszy do rozmyślania nastrój. Odsuwając na drugi plan ważną nowinę o klęsce barona Ungerna, co nie było bezpośrednio z nim związane, zaczął myśleć tylko o sobie. Teraz to już naprawdę mógł budować własne życie. Budować tak, jak to najbardziej odpowiadało jego poglądom. Mogło to być choćby najskromniejsze, lecz normalne już życie. Dotychczas nie zaznał go. Czuł się wciąż przechodniem, dążącym gdzieś bez wyraźnego celu. We wszystkiem wyczuwał też nużący pośpiech. Nie miał, zda się, czasu pomyśleć o sobie. Stał się zdumiewająco obojętny do pożywienia i najzwyklejszych wygód. Pędził ascetyczne życie. Nigdzie nie bywał, nie potrzebował rozrywek, kobiety nie pociągały go. Wszelkie żądze i wymogi zmysłów oddawna zapadły w stan letargu. Powabne nawet kobiety o wyzywających, natarczywych i kuszących oczach budziły w nim odrazę. Wagin skorygował natychmiast tę myśl, przypomniawszy sobie złotowłosą Angielkę — tennisistkę na Bundzie, którą spotkał prawie w tej samej chwili, gdy spostrzegł Ludmiłę, powracającą z cerkwi. Tak! Wtedy to poczuł pociąg zdrowego, głodnego mężczyzny do młodej i zapewne podnieconej zmysłowo kobiety. Zauważył to jednak raz tylko. Nie zrobiła na nim żadnego wrażenia ani atakująca go Marta Ostapowa, ani ta szczebiotliwa stenotypistka z „Szun-Pao“, miss Eveline Craw, co tak usilnie i przedsiębiorczo demonstrowała przed nim naprawdę piękne nóżki i bardzo nęcący biuścik, zaledwie przysłonięty cieniutką, przezroczystą bluzką jedwabną. Starało się biedactwo, jak mogło, by go skusić i zniewolić do miłosnej awanturki. Wagin uśmiechnął się chytrze i zlekka szyderczo. I znowu przyszła mu na myśl Ludmiła. Zawstydził się nagle wspomnień swoich o miss Craw... Zaczął myśleć o innem. Ha! Miał o czem, bo ciągle powracał do niewyraźnego jak dotąd zagadnienia swego „nowego“ życia. Gdy już nic, ale to zupełnie nic nie stoi mu na przeszkodzie, sprawę tę należało wyjaśnić, sprecyzować w szczegółach i ustalić etapy dla szybkiego osiągnięcia celu. Nowe życie! Tymczasem zaczął je od wmieszania się w obcą mu i budzącą poważne zastrzeżenia „awanturę“ z dostawą broni (po rozmowach z chińskimi ministrami nie mógł nazwać tej sprawy inaczej!).
Gdy z pewnym wyrzutem pomyślał o swej nieostrożności i niepotrzebnym pośpiechu, z jakim zgodził się z dowodami i propozycjami Wali-chana, w uszach zabrzmiał mu wyraźnie tragiczny głos kapitana Ozierowa, opowiadającego o klęsce, która spadła na Mongolję. Wagin powrócił do rzeczywistości i zamyślił się głęboko nad tem, co zaszło w tym kraju pasterzy stepowych, dumnych potomków zdobywcy Temudżyna-Dżengiza i przeistoczonych bogów z Żywym Buddą na tronie wielkich chanów.
— Pierwsze kroki na drodze do stworzenia państwa mongolskiego doprowadziły do katastrofy, — myślał Wagin. — Ognisko samej idei i hasła wpadło w ręce komunistów! Zła przepowiednia! Jakżeż bezsilne są wysiłki ludzkie i jak zawodne — wszelkie plany, jeżeli przeciwne są organicznej potrzebie ludzkości, marzącej o pokoju i szczęściu a pracującej dla wojny i klęski! Dlaczegóż jednak nie mogą ziścić się marzenia ludzkości? Działa przeciwko nim jakiś zły duch — ten, co na wyżyny sławy, ubóstwiania i uroku wprowadził wielkich najeźdźców, zdobywców i wodzów. O ich wyłącznie życiu i czynach, o triumfach i tragicznych upadkach hałaśliwie rozpowiada historja. Tymczasem o stokroć większych, zasługujących na prawdziwy zachwyt uczonych, mędrcach, wynalazcach, artystach i genjalnych pisarzach ta sama historja zaledwie cośniecoś przebąkuje, wspomina zdawkowym frazesem i nowy wrzask rozpoczyna o bitwach, pochodach, zwycięstwach! Coby się jednak stało, gdyby historyk pod koniec opisu żywotów i dzieł znakomitych wodzów podał krótką tabelę statystyczną? Taką naprzykład, — ile miast przez nich zburzono, ile stratowano pól, ile dorobku ludzkiego zginęło w płomieniach i podczas rabunku, dokonywanego przez wojowników; ilu ludzi padło na polu bitw, a ilu — od chorób, głodu i rozpaczy, ile kobiet zostało zbeszczeszczonych, ile dzieci zginęło w zawierusze wojennej, gdzie i jaki genjusz został zabity lub zmarniał i jakie straty spowodował błyskotliwy triumf zwycięzcy? A do tych strat należy też dodać, tak — koniecznie dodać należy — całe morze łez, nędzy, udręki i tęsknoty!... Jakżeż inaczej wyglądałyby posągi triumfatorów wojennych a — słońce sławy, stojące nad niemi, krwawem stałoby się, zaćmiłoby się i przygasło! Zato inne, prawdziwe słońce opromieniłoby pomniki wielkich ludzi ducha, a opis ich dziejów nie potrzebowałby żadnej statystyki, bo ona ogarniałaby całą ludzkość od kresu do kresu ziemi, wdzięcznej im i pełnej uwielbienia. Tymczasem wszystko odbywa się na starą modłę i niczego nie nauczyła ludzkości krwawa, potworna wojna światowa. Po dawnemu zamierza historja rzucać do duszy młodego pokolenia jadowity siew zachwytu i czci dla mocnej pięści i przekonać je raz jeszcze, że jedynie ta mocna pięść może wykuć najwyższe prawo, miłość i szczęście. Szaleńcy i zbrodniarze!
Nie zdając sobie sprawy, Wagin, pogrążony w myślach, wyszedł na placyk przed dworcem i szedł przed siebie. Nie spostrzegł nawet, że, wiedziony instynktem, powoli zbliżał się do domu Lu-Huna. Idąc, nie przestawał rozmyślać, narazie chaotycznie ślizgając się po różnych wypadkach, pozornie nie mających żadnego związku z pochłaniającem go zagadnieniem znalezienia dla siebie upragnionego „prawdziwego łożyska” w obcym kraju, gdzie sądzone mu jest zapewne pozostać na zawsze. Jednak powrócił wkońcu do nowych wypadków w Mongolji. Uprzytomnił sobie nieprzewidziane, wynikające z tej sytuacji trudności, ale jednocześnie wyzbył się nagle wahań dręczących go od pierwszej rozmowy z Ti-Fong-Tajem. Nie wątpił już, że z całym spokojem i czystem sumieniem nietylko może, ale powinien nawet dopomóc Chinom w obronie przed oszukańczemi hasłami komunizmu, narzucanemi siłą bagnetów.
— Co się stanie z tym półmiljardowym mrowiskiem ludzkiem, gdy tu rozszaleje anarchja i czerwony terror i gdy komuniści zniewalać poczną naród do przyjęcia zasad, tak wrogich całej naturze Chińczyka?! Zresztą jest to teraz poniekąd moja druga ojczyzna i muszę przyczynić się do jej obrony!
Takie postanowienie odrazu ukazało Waginowi tak długo gęstą mgłą zasnuty horyzont. Pewna część jego planu na przyszłość została niemal w cudowny sposób zdecydowana ostatecznie. Pomyślał z wdzięcznością o dawnym, strasznym wrogu — Abramie Chackelesie, bo on-to, już nieistniejący, dopomógł mu wybrnąć z ciężkiego okresu wahań i zbliżyć się wreszcie do określonego punktu, od którego zacznie teraz wykonywać plan własnego życia.
W domu czekał na Wagina szyper Bojcow, zaproszony przez gościnnego Lu-Huna na obiad. Oprócz gospodarza obecni byli dwaj synowie jego — młodzi ludzie, niedawno przybyli do Chin z zagranicy. Jeden z nich studjował prawo w Londynie, z czego był bardzo dumny. Ledwie poznawszy obu Rosjan, zaraz wcisnął im do rąk swoje bilety wizytowe. Rzuciwszy na nie okiem, Sergjusz mimowoli uśmiechnął się, gdyż przeczytał: „Ku-Lu-Hun of University of London“. Wybadawszy ostrożnie młodzieńca, dowiedział się, że dopiero drugi rok uczęszcza na prawo, co naturalnie nie upoważniało początkującego studenta do tak szumnego tytułu.
— Pozostało panu jeszcze trzy lub cztery lata do skończenia studjów, — zauważył Wagin, chowając bilet do pugilaresu.
— Ani mi się śni! — zawołał pogardliwym tonem Ku-Lu, poprawiając krawat. — Profesorowie wygłaszają nam bzdury i komunały, któremi Anglicy usiłują nagiąć prawo do swoich interesów kolonjalnych!
— Przepraszam, ale chyba nietylko o kolonjalnej polityce opowiadają panom profesorowie angielscy — wybitni zresztą prawnicy, ale i...
— Prawo angielskie i wogóle europejskie nic mnie nie obchodzi! — wydął wargi młodzieniec. — My — młodzi, inteligentni Chińczycy na innych zasadach zbudujemy nasze nowe prawo, wolne od wszelkiej religji, prawd, które stały się zabobonem, i od wpływów zachodnich!
Rozpoczął o ile długą, o tyle płytką orację, czczą i napuszoną, a zdradzającą cechy popularnych broszur agitacyjnych, nie podejrzewając nawet, że rozmawia z prawnikiem. Wagin nie miał wszakże zamiaru wdawać się z nim w jakąkolwiek debatę. Słuchał go jednak z ciekawością. Uderzała go nieukrywana pogarda, gdy młodzieniec mówił o cywilizacyjnym dorobku europejskich narodów, co chwila używając zwrotów tak zwykłych dla prowadzonej przez pewne czynniki propagandy nacjonalistycznej, która była jednak niczem innem, jak tylko brutalną i ponurą ksenofobją. Wagin wiedział i kilkakrotnie osobiście się przekonał z rozmów swoich z Jun-cho-sanem i kompradorem, że szkoły chińskie usiłują tą wrogością dla cudzoziemców obudzić w Chińczykach nacjonalizm, naogół niezrozumiały dla tego zbiorowiska ras i szczepów, posługujących się różną mową a posiadających różnorodną ideologję i przekonania wyznaniowe. Podczas swych wizyt u ministrów i urzędników chińskich spostrzegał również wyraźną lub ukrytą pogardę dla obcokrajowców, dla ich praw i kultury.
— Czyżby Chińczycy, których tak gościnnie i serdecznie przyjmują w swych murach uczelnie europejskie, otwierając im drogę do najwyższego poznania swego dorobku cywilizacyjnego, wywozili z zagranicy tylko tę pogardę, szyderstwo i wrogość? — myślał Sergjusz i zadawał sobie następne pytanie: — Jakaż jest tego przyczyna? Czyżby wyrażały się w tych objawach zasadniczo niepodobne lub nawet mające cechy idjosynkrazji cechy umysłowości i poziomu etycznego? Jeżeli istnieją aż tak głębokie różnice, wypływające z psycho-fizjologji rasy, to oczekiwać należy nieuniknionego starcia się dwuch tych światów, co byłoby groźnem zjawiskiem!
Pewny siebie, głupawy Ku-Lu nie interesował go więcej; postarał się natomiast nawiązać rozmowę z młodszym jego bratem — Janiem. Ubrany, jak model z wystawy krawieckiego zakładu, pachnący jakiemś Guérlain‘em, bawiący się monoklem, najmłodszy potomek sędziwego i statecznego Lu-Huna nudził się straszliwie i ziewał. Okazało się, że mieszkał „cały rok“ w Paryżu i uczęszczał do „akademji“ dziennikarskiej — prywatnej, słono sobie każącej płacić za dyplom. Przeprowadziwszy z nim pobieżny wywiad, Wagin przekonał się, że chłopak nietyle uczęszczał do jakiejś tam „akademji“, ile na dansingi, do kabaretów i innych miejsc „uciech życiowych“. Z łatwością można było takie właśnie porobić spostrzeżenia, gdyż elegancki Jań cytował na pamięć wszystkie paryskie „vedettes“, pamiętał, a nawet fałszywym falsecikiem nucił modne „przeboje“, szafował hojnie nazwiskami artystek z „Folies Bergères“, słynnych modelek i, jak z dumą to podkreślał, „kurtyzan“, które niewytłumaczonym zbiegiem okoliczności wszystkie mieszkały w bliskiem sąsiedztwie — na rue de Constantinople lub na Place Pigalle.
Ponieważ Jań po francusku mógł porozumieć się tylko z Waginem, gdyż inni języka Moliere‘a nie znali, nie krępował się w uplastycznieniu swojej, jednorocznej „akademickiej“ karjery, dowodząc, że czasu bynajmniej nie zmarnował. Opowiadał więc o swoich romansach, wyrażając się bez cienia nietylko szacunku, ale zwykłej przyzwoitości o kobietach, i stawał się coraz wstrętniejszym. Na twarzy jego pojawił się ohydny, pożądliwy uśmiech — maska o zwierzęcym wyrazie, tępym, lubieżnym i drapieżnym. Waginowi przyszły na pamięć jakieś bardzo starożytne opisy napadów tatarskich na miasto Riazań, które z niewyjaśnionej bliżej przyczyny przez długi okres stale nawiedzane było przez czambuły chanów Złotej Hordy.
Drewniane miasto płonie. Nad niem kołysze się i pełga, to wzbierając, to przygasając, łuna. Trzask i łomot walących się domów, syk i świst płomieni, dzikie, radosne wycie skośnookich i barczystych Mongołów i inne jeszcze wycie — również dzikie, lecz jękliwe, pełne rozpaczy wycie w popłochu uciekającego tłumu, rzężenie konających, zawodzenie i skowyt psów, łopot skrzydeł przerażonego, lecącego w ogień ptactwa, ryk krów i kwilenie koni, daremnie szukających wyjścia z płonących budynków. Na rynku, oświetlonym czerwoną poświatą pożaru, zdobywcy wywlekają z cerkwi ukryte w przybytku Bożym młode kobiety. Próżno bronią się i wołają o pomoc! Jeźdźcy stepowi, owinąwszy ich włosy dokoła dłoni, ciągną je tam, gdzie zaczaił się mrok. Wydając chrapliwe okrzyki, nasycają swe żądze białemi ciałami, bezwładnemi z rozpaczy i bólu, a potem, z głośnym śmiechem nożami zadają cios śmiertelny chwilowym, sponiewieranym kochankom.
Wagin, chcąc się zemścić na bezczelnym Chińczyku, spytał go nagle:
— Zna pan w Paryżu Monnę Lizę?
Jań zmarszczył czoło i, wstawiając monokl do oka, odpowiedział niedbale:
— Słyszałem o niej... tak, tak... coś mi o niej mówiono... Jakiś skandal... Nie miałem jeszcze czasu poznać jej...
Sergjusz parsknął śmiechem i zadał nowe pytanie:
— Pan zapewne niebawem już zacznie pisać artykuły w dziennikach?
— Naturalnie... Właśnie obmyślam sobie temat... — odpowiedział z napuszoną powagą „absolwent akademji dziennikarskiej“.
— Doskonale! — uśmiechnął się Sergjusz. — Niech pan tylko nic nie pisze o Louvrze — ale nie o tym od „grands magazins“, gdzie pan nabył ten garnitur, krawat, lakierki i monokl, lecz o Louvrze — skarbcu sztuki, bo tam właśnie mógłby się pan poznać z „Monną Lizą“ pędzla genjalnego Leonarda da Vinci. — Wie pan tego, co to był malarzem i rzeźbiarzem w wiekach średnich we Włoszech i namalował...
— Ach — sztuka europejska! — przeciągnął pogardliwie Jań, wyrzucając z oka szkło. — My — Chińczycy nie mamy tam nic do podziwiania! Farby, farby, farby i bezmyślne kopjowanie natury!
— Lepsze są kurtyzany europejskie — nieprawdaż?
— A tak! — prężąc się lubieżnie, zgodziła się młoda latorośl Lu-Huna.
Stary Chińczyk z wyraźnym niepokojem przysłuchiwał się niezrozumiałej rozmowie.
— Muszę jednak pana nieco rozczarować, drogi panie Jań — szepnął młodzikowi do ucha Wagin. — W okolicy placu Pigalle, jak Paryż — Paryżem, nigdy nie mieszkały kurtyzany, ba — nawet porządne kokoty!... Te, co kochały się w panu i pozwalały się targać za włosy i kopać nogami (widziałem to w Paryżu na własne oczy), były to pospolitego, a nawet raczej najgorszego gatunku „grues“. Można obserwować wieczorami na rogach ludnych ulic te biedne „petites femmes“, które muszą pozwalać na różne świństwa, by nie umrzeć z głodu...
To oświadczenie dopiero zdruzgotało Jania, a tak głęboko, że nawet nie zdołał powstrzymać okrzyku oburzenia:
— Co pan mówi! Czyż to możliwe? A ja myślałem...
— Źle pan myślał! — zakończył rozmowę Wagin i podszedł do Lu-Huna. Obok niego stali jego starsi synowie. Poważni, milczący i skupieni wyglądali dostojnie w ciemnych strojach narodowych. Rozmawiali z Bojcowym po niemiecku. Musieli się nauczyć tego języka, gdyż firma ojca przed wojną prowadziła rozległe interesy z Hamburgiem.
Sergjusz, nie zwracając już uwagi na Ku-Lu-Huna „of University of London“ i na Jania, który w ciągu roku nie miał czasu poznać się z Monną Lizą, wdał się w ożywioną rozmowę z gospodarzem i jego starszymi synami z pierwszej żony. Uświadomił sobie, że byli to ludzie rozumni, wnikliwi i skromni w wypowiadaniu własnych myśli, lecz z niektórych ich powiedzeń wyzierała wszakże z różnych źródeł zaszczepiona Chińczykom nieufność i niechęć, a nawet lekka pogarda do wszystkiego, co nie było rdzennie chińskiem lub przynajmniej — japońskiem.
To pozostawiało, jak zwykle po rozmowie z obywatelami tego kraju, przykry po sobie osad. Zato obiad był wspaniały — prawdziwie chiński, wytworny i starannie obmyślony. Wagin po raz pierwszy uczestniczył w takiej uczcie. Najwyszukańsze przysmaki zjawiały się na stole w ściśle przez kulinarję chińską ustalonym porządku „z siedmiu gam smakowych“ o interwalach z zup, o „tercję“ ostrzejszych od poprzedzającej je gamy. Ostrygi i ślimaki lądowe w różnych postaciach — od zupy do pasztetu, młode pędy bambusów, rdzeń pewnego gatunku palmy, kapusta morska, raki, głowonogi, potrawka z gniazd jaskółczych, galareta z płetwy rekina, jakieś pieczone ptaszki z sałatką z hub, hodowanych na gnijących dębach, ryby w niezliczonych odmianach, ryż z różnemi sosami, dodatkami i okrasą — wszystko to popijano dobrem winem francuskiem z piwnic firmy Lu-Huna.
Po obiedzie, podczas deseru i herbaty przybył jeden z generałów chińskich, ale, posłyszawszy od Wagina o zajęciu Mongolji przez bolszewików, przeraził się i czemprędzej pomknął do sztabu. Sergjusz nie wątpił, że władze wojskowe nie posiadały żadnych informacyj o tak ważnym dla Chin wypadku. Mimowoli pomyślał, że widocznie organizacja wojskowa stała na niedostatecznie jeszcze wysokim poziomie i że Chińczycy przynajmniej pod tym względem nie mają powodu do bezwzględnej pogardy dla Europejczyków.
— Nie wątpię, że w Londynie i Paryżu wiedzieli o proklamowaniu niezależnej Mongolji w tym samym już dniu, kiedy czerwone oddziały wkroczyły na jej terytorjum, tymczasem rząd wasz dotychczas, jak mogę sądzić, nie został o tem powiadomiony — zauważył Wagin.

Chińczycy milczeli i tylko Jań nucił głupi kuplet francuski:
Et voici et voilà
L‘amour par là...

Ojciec, zgorszony i zawstydzony, spoglądał na syna karcącym wzrokiem, lecz ten nic sobie z tego nie robił, powoli cedząc wino przez zęby.
— W pięknem miejscu zbudowaliście państwo swój dom! — powiedział Wagin, aby przerwać zapadłe nagle milczenie.
Lu-Hun wzruszył ramionami i odparł:
— To ojcowie zbudowali, synowie zaś odbudowywali go już kilka razy.
— Pięknie stąd musiała wyglądać porcelanowa pagoda! — ciągnął Sergjusz i, zwracając się do Ku-Lu, dodał: — Być może, stąd właśnie spoglądał na nią natchniony Longfellow, gdy napisał (pamięta pan ten ustęp z „Keramosa“?):

And yonder by Nanking, behold
The tower of porcelain strange and old...

Wagin zaczął obierać gruszkę, rozwijając jednocześnie swoją myśl:
— Tak! Zdumiewająca była ta starożytna, niezwykła pagoda! Tyle pokoleń spoglądało na nią, a przecież przyszedł czas i zburzono ją... Z jej kopuły z bronzu, jak zapewnia! mnie prof. Cist Gee z Szanchaju, mieszczuchy zrobiły sobie sadzawkę, a cały przepych emalji i porcelany sprzedały angielskim i amerykańskim zbieraczom okazów sztuki. Nic niema trwałego pod słońcem!
Powiedział to po niemiecku, aby wszyscy mogli go zrozumieć. Chińczycy spojrzeli na niego bystro. Zapewne wyczuli w jego słowach aluzję do samych Chin. Nie chciał jednak, żeby zrozumieli go fałszywie. więc dodał:
— Na całym świecie w różnych czasach burzono stare zabytki i stare tradycje, a jednak kraje i ludy nie ginęły razem z niemi, lecz przeciwnie — potężniały nieraz...
Lu-Hun uprzejmie uśmiechał się i kiwał głową.
Jeszcze dzień jeden spędził Wagin w Nankingu, używszy go na rozmowy z ministrami. Miał nadzieję, że wiadomość o ostatecznem odpadnięciu Mongolji pobudzi rząd do bardziej energicznych posunięć. Zawiódł się jednak. Chińczycy zupełnie nie byli zdolni do natychmiastowego reagowania na grożące im niebezpieczeństwo. Zdawało się, że byli pozbawieni instynktu pośpiechu. Minister spraw zagranicznych przygotowywał się zwolna do wystosowania protestacyjnej noty, która miała być doręczona poselstwu bolszewickiemu. Władze wojskowe otrzymały rozkaz by niczem nie zaostrzać sytuacji. Wytworzył się stan tak beznadziejny, że Wagin zmuszony był znowu żądać stanowczej odpowiedzi, gdyż wkońcu nie miał już pojęcia, czy rząd wogóle ma zamiar przyjmować broń, dostarczaną przez kompradora. Po raz dziesiąty chyba posłyszał, że powinien robić to na własne ryzyko, a potem — te same niedomówienia, mgliste obietnice, jakgdyby zdumienie lub zupełna obojętność.
Wagin wpadał w szał. Bojcow uspakajał go.
— Daj im pan spokój! Swojem natarczywem żądaniem stanowczej odpowiedzi przeraża pan tylko ministrów. Chińczyk samemu Bogu nigdy nie da odrazu ostatecznej odpowiedzi! To nie leży w ich naturze. Ale broń jest potrzebna, więc swoje zrobią! Bądź pan dobrej myśli! Jutro rano już odpływamy.
Wagin wyszedł z domu pełen najczarniejszych przeczuć i długo błąkał się po mieście. Nie podobał mu się ogólny jego wygląd, ani też tłum, spotykany na ulicach. Jasne, prawie białe gmachy z bloków cementowych amerykańskiej architektury i konstrukcji wydawały mu się zupełnie niestosownemi — zbyt ciężkie i nieharmonizujące z tak tradycyjnem miejscem, gdzie nieraz rozstrzygały się zagmatwane losy Chin. Również raziły go brzydkie, nie przemawiające do wyobraźni zabudowania licznych protestanckich misyj religijnych, wieżyczki nad kaplicami gotyckiemi i nudne postacie pastorów, wykładających w szkołach dla Chińczyków. Nawet współcześnie zbudowany i urządzony uniwersytet z jego zakładami pomocniczemi nosił pieczęć jakiegoś intruza w tem mieście, siedem razy podnoszonem do godności stolicy Państwa Nieba. Wrażenie to wzmagało się, gdy skądś nagle wyłaniała się starożytna, obrośnięta tamaryndami brama w burzonych obecnie murach miejskich, słynących na całe Chiny ze swojej grubości i wysokości, dochodzącej do sześćdziesięciu stóp. Te to mury służyły dawnym poetom chińskim za temat do opiewania niezdobytego nigdy Kin-Lingu, Tan-Jangu, Kiang-Nanu i Szang-Czou, gdyż takie miana nadawano Nankingowi na przestrzeni 2300 lat jego istnienia na tem samem miejscu nad Jangtse-Kiangiem. Tam i sam przetrwały jeszcze kamienne mostki rzeźbione z czasów panowania Mingów, łączące brzegi nieistniejących już teraz potoków, ujętych w sieć podziemnej kanalizacji. Groźny wódz piratów Koksiang i muzułmańscy Tajpingowie, przez jedenaście lat trzymający w swoich rękach Nanking, zrównali z ziemią najwspanialsze pomniki byłej świetności stolicy, a potem nowy rząd republikański zakończył ich burzycielską robotę, planując nowoczesną stolicę i fortecę na „Lwiem Wzgórzu“, dokoła którego bogaci Chińczycy pobudowali swoje pałacyki i wille. Jakże raziły oko Wagina gmachy nowoczesne, koszary wojskowe, kable elektryczne i tramwajowe, gdy na „Pagórku Gwiazdy Północnej“ wyrosły przed nim ciemnowiśniowe, lakierowane ściany i fantastycznie powyginane czarne dachy świątyni Tao z majestatyczną bramą „Paj-lu“, opisaną przez Marka Polo, przyjaciela i doradcę wielkiego bogdochana. Na szczęście, nie zwiedzał położonych za miastem mauzoleów cesarzy z dynastji Mingów — na szczęście, gdyż zasmuciłby się, widząc, że wszystkie te stare budowle oddawna potraciły swe dachy i ozdoby zewnętrzne, a prowadzące do nich drogi zarosły burem zielskiem i krzaczkami dzikich irysów. Architekci, przeistaczający odwieczne miasto na współczesne, amerykanizowane „City“, niechętnem okiem spoglądają na te ruiny królewskie. Niedarmo wszakże są republikanami i demokratami! Zdaje się, nikt już nie pamiętał prawdziwie wzruszającego momentu, gdy wódz ostatniej rewolucji, stanąwszy wśród grobowców Mingów, duchom ich oznajmił, że dynastja mandżurska, która pozbawiła ich tronu, sama też już istnieć przestała. Gdyby Wagin widział to i wiedział wszystko o dawnych dziejach stolicy, poczułby nienawiść do aroganckich „buildings“ nowoczesnych i ich twórców, ale Sergjusz, nie mając ze sobą przewodnika, nie podejrzewał nawet, że już zniesiony został taki przeżytek, jak sławetna „sala egzaminacyjna“, gdzie 20000 kandydatów na urzędy państwowe rokrocznie ubiegało się o przyszłą swoją karjerę; że oddawna zasypano jeziorko lotosów i z trudem udało się tymczasem obronić przed zniesieniem starożytną świątynię Konfucjusza.
Ulice i place były zatłoczone, gdyż przeszło półtora miljona mieszkańców pędziło obecnie życie w Nankingu. Wygląd tłumu zwrócił na siebie uwagę Sergjusza, gdyż, wydało mu się, że, za wyjątkiem przekupniów ulicznych i kupców, stojących przed sklepami, widzi przed sobą jedynie urzędników i wojskowych. Cywile przechadzali się powolnym krokiem, gapiąc się na wystawy i afisze kina i teatru, lub wchodząc do kawiarni z minami ludzi, oczckujących jakiegoś zlecenia, które nie nadchodziło. Wojskowi gdzieś się śpieszyli i, widocznie, wiedzieli ściśle, co mają robić. W tym tłumie na każdym niemal kroku można było spostrzec Japończyków i Japonki. Pierwsi mieli na sobie europejskie płaszcze z kołnierzami z jakiegoś rudego futra, drugie — ciemne, skromne kimona i „geta“, włożone na białe skarpetki, odsłaniające żółtawo-smagłe, silne, chociaż nieco krzywe łydki. Dopiero w południowej części miasta Wagin znalazł się w prawdziwie chińskiej dzielnicy. Nabyta w Czapei wprawa pozwalała mu odróżniać znane mu oddawna typy — kupców, rzemieślników, kulisów, żebraków, pstro ubranych prostytutek i... bandytów, spokojnie rozmawiających z żołnierzami i policjantami w europejskich mundurach i czapkach.
W tej dzielnicy przechowały się jeszcze stare świątynie i tak zwykłe dla miast chińskich — brudne, wąskie, ciągle załamujące się uliczki, szaro-żółte, kryte trzciną domy i szopy, potrzaskane, osypujące się mury; chude, głodne psy, parszywe, łyse kotki i umorusane dzieci, grzebiące się w kupach śmieci i odpadków. Powrócił do domu, kiedy w nowem mieście zapalono już latarnie elektryczne.
Nazajutrz około godziny ósmej zrana statek, wyciągnąwszy kotwicę, gwizdnął krótko i, przewalając się ciężko, ruszył w górę rzeki. Sergjusz stał przy burcie i przyglądał się wirującej, mętnej strudze, która mknęła ku morzu. Na ostrych zakosach łożyska rzeka biła potężnie w brzeg, podmywając żółtą ziemię. Całe warstwy jej wraz z trawą, krzakami i nawet gaikami obsuwały się do rzeki, a potężny prąd porywał wszystko w swe wiry, niby szczękami potwora druzgotał, miażdżył i mełł na drzazgi, na miał, na męty. Z żółtego nurtu wyłaniały się chwilami rozdęte kadłuby krów i świń, unoszonych wartem, na łasze leżał wyrzucony przez rzekę trup Chińczyka bez głowy. Widniały sczerniałe strzępy skóry, żył i mięśni. Obok niego, kwiląc cienko, i wyciągając wstrętną, gołą szyję, stał sęp. Statek sunął ostrożnie i bardzo powoli, bo kapitan obawiał się zderzenia z płynącemi konarami drzew. Gdzieś, być może, na spychach tybetańskich powódź zerwała całe połacie lasów i zdobycz swoją oceanowi posyłała w ofierze. Nie dopłynąwszy do Ankingu, zanocowali przy wysokim brzegu. Wpobliżu nie było zapewne żadnego osiedla, bo wśród niewysokich pagórków przez całą noc zawodziła para wilków, im znów odpowiadały trwożne i złośliwe krzyki nocujących gdzieś wron. Pluskała i syczała Jangtse, wzbierając coraz bardziej. Koło południa nazajutrz rzucili kotwicę w Ankingu. Tłum Chińczyków zgromadził się na brzegu. Podpływały czółna i zabierały towary, przywiezione dla kupców miejscowych, i worki z pocztą. Bojcow załadował na pokład plecione kosze z olejem „soja“, worki z ryżem, prosem i solą. Gdy skończył już ładowanie, do burty podpłynęła mała łódeczka, poruszana jednem wiosłem, umocowanem na rufie. Wysiadł z niej i wszedł na pokład wysoki, chudy, niestary jeszcze Chińczyk. Wąska twarz o orlim nosie i ostrych rysach, jakgdyby węszyła coś i groziła komuś. Z rozmowy okazało się, że jest to owa „zaufana osoba“, o której uprzedzano Wagina w Nankingu. Człowiek ten, mówiący biegle po angielsku i rosyjsku, nie przypominał wcale ani z powierzchowności, ani też z charakteru niezdecydowanych, chwiejnych i nieuchwytnych Chińczyków. Zrozumiale, zwięźle i stanowczo wyjaśniał, jak należy postępować, aby przedsięwzięcie udało się i zadowoliło rząd.
— Gdyby to zależało ode mnie, mianowałbym pana, panie Hung-Wu, ministrem zaopatrzenia! — zawołał zachwycony nim Wagin.
Groźna twarz Chińczyka poweselała nagle, a w czarnych źrenicach zamigotało szyderstwo.
— Pan mi pochlebia! — odpowiedział z ukłonem. — Ale, wydaje mi się, że kandydatura moja upadłaby natychmiast! Cha-cha-cha! Jeden tylko z moich dawnych kolegów zrobił tak błyskotliwą karjerę! Jest nim czcigodny marszałek Dżan-Dżo-Lin, wielkorządca w Mukdenie... Należeliśmy przed piętnastu laty do jednej i tej samej organizacji...
— To znaczy, że pan był... chunchuzem?! — wyrwało się Bojcowowi, który przysłuchiwał się całej rozmowie.
— Do usług! — zaśmiał się Hung-Wu. — Grasowałem na pograniczu rosyjskiem i koreańskiem, o potem przeniosłem się do... floty, bo byłem piratem w zatoce Kantońskiej i psułem tam krew Anglikom z Hongkongu i Portugalczykom z Makao!
Wagin uważnie przyglądał się mówiącemu. Niezmieszany tem bynajmniej Hung-Wu przedstawił mu cały plan transportu broni.
— Popłyniemy kilka godzin jeszcze w górę rzeki. Tam za Hwangczou, gdzie zaczyna się już pagórkowata kraina, staniemy na kotwicy. Zaprowadzę was do „miasta mężczyzn“.
— Co to jest? — spytał Sergjusz.
Na to odpowiedział mu Bojcow:
— To już jest chyba wyłącznie chiński wynalazek! Wyobraźcie sobie jakąś klęskę, która tysiące ludzi skazuje na śmierć głodową. Takie klęski stale, bo już od wieków, nawiedzają Chiny. Mam na myśli wojnę domową i wszystko, co jest z nią związane. Otóż tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy...
— nawet setki — dorzucił Hung-Wu przez zaciśnięte zęby.
— Tak! — opowiadał dalej szyper. — Te tłumy od czasu do czasu zbierają się w jakiemś określonem miejscu i stąd ruszają w świat. Suną, jak te mrówki koczujące i jak one — drapieżne. Nigdy nie wiadomo, kto prowadzi tych włóczęgów, gdzie i co ich wkońcu zatrzyma! Wcześniej wszakże lub później sunąca horda osiedla się na jakiemś odludziu i zakłada miasto... Jakie — to sami ujrzycie, więc nie będę opowiadał. Żyją ci biedacy w sposób nieprawdopodobny i niezrozumiały... Zrzadka przybiega do nich ten lub ów z agentów, pozostawionych po miastach, i uprowadza potrzebną ilość ludzi na jakieś roboty, wymagające niewybrednych, najtańszych na świecie robotników. Takie to jest właśnie „miasto mężczyzn”!
— To znaczy, że kobiet tam niema? — spytał Wagin.
— Ani jednej! Zakazane jest to pod strachem śmierci, — uśmiechając się, powiedział Chińczyk.
— Od kogo pochodzi tak dziwny, sprzeczny z naturą zakaz?
— Tego to nikt nie wie, lecz każdy mieszkaniec uznaje niewidzialną władzę! — z zagadkowym uśmiechem objaśnił Hung-Wu. — Byłem i ja, zanim wstąpiłem do organizacji bandytów, mieszkańcem „miasta mężczyzn“. Znajdzie pan tam tylu tragarzy, ile panu będzie potrzeba. W mieście tem zgromadziło się około siedemdziesięciu tysięcy mężczyzn! Wybór duży! Pójdą oni na każdą robotę! Żadne niebezpieczeństwo nie przerazi ich i nie wstrzyma!
— Pan nam dopomoże? — spytał go Wagin.
Hung-Wu wzruszył ramionami i skinął głową.
— Tak jest! — powiedział. — Przecież i teraz pędzę życie z tymi nędzarzami.
— Pan w „mieście mężczyzn“? — zdumiał się Bojcow.
— Spełniam pewne zlecenia rządu... — odparł wymijająco Chińczyk i, spojrzawszy na słońce, powiedział: — Moglibyśmy już ruszyć...
Szyper gwizdnął. Majtkowie poczęli wyciągać kotwicę. Zgrzytał łańcuch kabestanu. Syczała para.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.