Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - II.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na całym świecie w różnych czasach burzono stare zabytki i stare tradycje, a jednak kraje i ludy nie ginęły razem z niemi, lecz przeciwnie — potężniały nieraz...
Lu-Hun uprzejmie uśmiechał się i kiwał głową.
Jeszcze dzień jeden spędził Wagin w Nankingu, używszy go na rozmowy z ministrami. Miał nadzieję, że wiadomość o ostatecznem odpadnięciu Mongolji pobudzi rząd do bardziej energicznych posunięć. Zawiódł się jednak. Chińczycy zupełnie nie byli zdolni do natychmiastowego reagowania na grożące im niebezpieczeństwo. Zdawało się, że byli pozbawieni instynktu pośpiechu. Minister spraw zagranicznych przygotowywał się zwolna do wystosowania protestacyjnej noty, która miała być doręczona poselstwu bolszewickiemu. Władze wojskowe otrzymały rozkaz by niczem nie zaostrzać sytuacji. Wytworzył się stan tak beznadziejny, że Wagin zmuszony był znowu żądać stanowczej odpowiedzi, gdyż wkońcu nie miał już pojęcia, czy rząd wogóle ma zamiar przyjmować broń, dostarczaną przez kompradora. Po raz dziesiąty chyba posłyszał, że powinien robić to na własne ryzyko, a potem — te same niedomówienia, mgliste obietnice, jakgdyby zdumienie lub zupełna obojętność.
Wagin wpadał w szał. Bojcow uspakajał go.
— Daj im pan spokój! Swojem natarczywem żądaniem stanowczej odpowiedzi przeraża pan tylko ministrów. Chińczyk samemu Bogu nigdy nie da odrazu ostatecznej odpowiedzi! To nie leży w ich naturze. Ale broń jest potrzebna, więc swoje zrobią! Bądź pan dobrej myśli! Jutro rano już odpływamy.
Wagin wyszedł z domu pełen najczarniejszych