Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - II.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przeczuć i długo błąkał się po mieście. Nie podobał mu się ogólny jego wygląd, ani też tłum, spotykany na ulicach. Jasne, prawie białe gmachy z bloków cementowych amerykańskiej architektury i konstrukcji wydawały mu się zupełnie niestosownemi — zbyt ciężkie i nieharmonizujące z tak tradycyjnem miejscem, gdzie nieraz rozstrzygały się zagmatwane losy Chin. Również raziły go brzydkie, nie przemawiające do wyobraźni zabudowania licznych protestanckich misyj religijnych, wieżyczki nad kaplicami gotyckiemi i nudne postacie pastorów, wykładających w szkołach dla Chińczyków. Nawet współcześnie zbudowany i urządzony uniwersytet z jego zakładami pomocniczemi nosił pieczęć jakiegoś intruza w tem mieście, siedem razy podnoszonem do godności stolicy Państwa Nieba. Wrażenie to wzmagało się, gdy skądś nagle wyłaniała się starożytna, obrośnięta tamaryndami brama w burzonych obecnie murach miejskich, słynących na całe Chiny ze swojej grubości i wysokości, dochodzącej do sześćdziesięciu stóp. Te to mury służyły dawnym poetom chińskim za temat do opiewania niezdobytego nigdy Kin-Lingu, Tan-Jangu, Kiang-Nanu i Szang-Czou, gdyż takie miana nadawano Nankingowi na przestrzeni 2300 lat jego istnienia na tem samem miejscu nad Jangtse-Kiangiem. Tam i sam przetrwały jeszcze kamienne mostki rzeźbione z czasów panowania Mingów, łączące brzegi nieistniejących już teraz potoków, ujętych w sieć podziemnej kanalizacji. Groźny wódz piratów Koksiang i muzułmańscy Tajpingowie, przez jedenaście lat trzymający w swoich rękach Nanking, zrównali z ziemią najwspanialsze pomniki byłej świetności stolicy, a potem nowy rząd republikański zakończył ich burzycielską