Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - II.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


worki z ryżem, prosem i solą. Gdy skończył już ładowanie, do burty podpłynęła mała łódeczka, poruszana jednem wiosłem, umocowanem na rufie. Wysiadł z niej i wszedł na pokład wysoki, chudy, niestary jeszcze Chińczyk. Wąska twarz o orlim nosie i ostrych rysach, jakgdyby węszyła coś i groziła komuś. Z rozmowy okazało się, że jest to owa „zaufana osoba“, o której uprzedzano Wagina w Nankingu. Człowiek ten, mówiący biegle po angielsku i rosyjsku, nie przypominał wcale ani z powierzchowności, ani też z charakteru niezdecydowanych, chwiejnych i nieuchwytnych Chińczyków. Zrozumiale, zwięźle i stanowczo wyjaśniał, jak należy postępować, aby przedsięwzięcie udało się i zadowoliło rząd.
— Gdyby to zależało ode mnie, mianowałbym pana, panie Hung-Wu, ministrem zaopatrzenia! — zawołał zachwycony nim Wagin.
Groźna twarz Chińczyka poweselała nagle, a w czarnych źrenicach zamigotało szyderstwo.
— Pan mi pochlebia! — odpowiedział z ukłonem. — Ale, wydaje mi się, że kandydatura moja upadłaby natychmiast! Cha-cha-cha! Jeden tylko z moich dawnych kolegów zrobił tak błyskotliwą karjerę! Jest nim czcigodny marszałek Dżan-Dżo-Lin, wielkorządca w Mukdenie... Należeliśmy przed piętnastu laty do jednej i tej samej organizacji...
— To znaczy, że pan był... chunchuzem?! — wyrwało się Bojcowowi, który przysłuchiwał się całej rozmowie.
— Do usług! — zaśmiał się Hung-Wu. — Grasowałem na pograniczu rosyjskiem i koreańskiem, o potem przeniosłem się do... floty, bo byłem piratem