Strona:F. A. Ossendowski - Szanchaj - II.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już swobodnie sączyć się aż poza wielki mur. Nic nie stało mu na przeszkodzie. Bolszewicy mogli już zaniechać utrudnionych wypadów z Mandżurji, gdzie spotykali sprzeciw władz japońskich. Należało powiadomić o tem niezwłocznie Ti-Fong-Taja i Wali-chana. Kapitan Ozierow, który jechał właśnie do Szanchaju z doniesieniem do generała Siemionowa, podjął się odwiedzić kompradora i poinformować go o wypadkach, zaszłych w Mongolji. W godzinę po tej rozmowie siedział już w pociągu, odchodzącym do Szanchaju.
Wagin, pożegnawszy kapitana, długo przechadzał się po peronie, nie czując silnych podmuchów zimnego wiatru jesiennego. Pochłonęły go różne myśli. Musiał dojść z niemi do ładu. Rzeczywistość jak gdyby przestrzegała go i raz jeszcze zmuszała do namysłu. Gdzieś głęboko odzywało się w nim mgliste jeszcze przeczucie, że to, co się z nim dzieje, musi mieć ważne dla niego znaczenie i że rozważywszy wszystko i zajrzawszy możliwie daleko w przyszłość, znajdzie wreszcie dla swego życia jakieś nie budzące odrazy i wątpliwości łożysko. Nieuświadomione dotychczas wrażenia przez długi czas zawadzały mu w spokojnem i zimnem myśleniu. Przypomniała mu się zupełnie wyraźnie i jakgdyby niepotrzebnie jego wizyta w redakcji pism angielskich w Szanchaju, gdy przyszedł do znajomych dziennikarzy, aby przejrzeć kolumny ofiarowywanych posad. Niby na jawie zobaczył przed sobą drobnemi trzcionkami złożone ogłoszenie o poszukiwaniu amatorów do prowadzenia karawany do Mongolji. Odczuł i teraz to samo zaciekawienie, jak wówczas, kiedy po raz pierwszy rzucił okiem na dość tajemniczy tekst z powołaniem